Alfabet protestu

Fot. MedexpressTV
Od 2 do 28 października 2017 r. prowadzili rotacyjną głodówkę. Wychodzili na ulice i place miast – z plakatami, ulotkami, megafonami. Oplakatowali szpitale i poradnie. Uruchomili zbiórkę podpisów pod obywatelskim projektem ustawy zwiększającej nakłady na ochronę zdrowia do 6,8 proc. PKB. I zdecydowali, że będą wypowiadać klauzule opt-out. Oni: rezydenci. Czyli – lekarzyki, wielbiciele kanapek z kawiorem i egzotycznych kierunków wakacyjnych. Zapraszamy do lektury „Alfabetu protestu rezydentów”. Ku pamięci.
Małgorzata Solecka 2017-11-15 11:51

Amnezja. Przypadłość powszechnie spotykana u polityków, ostatnio w najostrzejszej formie u ministra zdrowia Konstantego Radziwiłła. Bo dziesięć lat to rzeczywiście szmat czasu, i można pewnych spraw nie pamiętać, ale to, co działo się z pamięcią ministra podczas protestu rezydentów, trudno wyjaśnić wyłącznie upływem lat. Dobrze, że zachowały się dokumenty. Na przykład uchwały Naczelnej Rady Lekarskiej, czy Krajowego Zjazdu Lekarzy, podpisane przez prezesa NRL, Konstantego Radziwiłła. Te, w których samorząd lekarski żąda od ministra zdrowia (lata 2006–2007) podniesienia wynagrodzeń do dwukrotności średniej krajowej dla lekarzy bez specjalizacji i trzykrotności – dla specjalistów. Doktor Google jest wybitnym specjalistą w leczeniu zaburzeń pamięci. Bez trudu przypomina, że jeszcze dwa lata temu wzrost publicznych nakładów do poziomu 6 proc. w ciągu „dwóch, trzech lat” dla Konstantego Radziwiłła był absolutnym minimum, bo „skoro Czechom się udało, to dlaczego nam ma się nie udać”. Google wydobywa z mroków (nie)pamięci poparcie Radziwiłła dla wszystkich akcji protestacyjnych środowiska lekarskiego – od największego protestu sprzed dziesięciu lat, w którym lekarze na jeden lub więcej dni odeszli od łóżek pacjentów, przestawiając tryb pracy szpitali na dyżurowy, po ten sprzed zaledwie trzech lat, gdy Porozumienie Zielonogórskie nie otworzyło gabinetów. „Oczywiście samorząd lekarski popiera tych lekarzy, którzy dziś stanęli wobec niezwykle trudnych decyzji, a także stali się obiektem obraźliwej kampanii nienawiści. Są straszeni, naciskani w sposób, który nie licuje z zasadami państwa prawa” (styczeń 2015 rok, wspólna konferencja NRL, OZZL i FPZ, wypowiedź sekretarza NRL, Konstantego Radziwiłła). Elementarna rzetelność każe dodać, że na ostrą amnezję cierpi nie tylko minister (patrz: opozycja).

Bieda, której nie klepią lekarze. Nowa wersja porzekadła sprzed dziesięciu lat „Pokaż lekarzu, co masz w garażu”.

„Czy lekarze w Polsce klepią biedę? Czy zna pan(i) biednego lekarza?” – porywająca sonda TVP Info, jeden z pierwszych materiałów tej stacji i w ogóle telewizji publicznej, poświęcony protestowi rezydentów, gdy już po kilku dniach udawania, że nic się nie dzieje, a sprawy w państwie idą w jedynie słusznym kierunku, stało się jasne, że trzeba wspomnieć o tym, że w Dziecięcym Szpitalu Klinicznym na podłodze w holu głównym leżą jacyś młodzi ludzie, którym się nie chce pracować.

Sonda, która kiedyś będzie analizowana na wydziałach dziennikarstwa i nauk społecznych jako przykład wyjątkowej propagandy. Antydziennikarstwa. Na miejsce sondy TVP wybrało okolice Dworca Wileńskiego – tylko w tej okolicy Prawo i Sprawiedliwość ma zdecydowaną przewagę nad opozycją (wyniki ostatnich wyborów). Dla pewności wyników pytanie sformułowano tak, że Jerzy Urban mógłby tylko z westchnąć z dumą: „Moja szkoła…”. Czy któryś z „respondentów” nie odpowiedział przez przypadek nie po myśli, czy może bluzgnął grubszym słowem – tego nie wiemy. Wiemy natomiast, że nie obyło się bez montażu. Dla pewności i jasności przekazu.

W każdym razie: widzowie TVP Info dowiedzieli się, że lekarze w Polsce nie klepią biedy, a kilku mieszkańców warszawskiej Pragi nie zna żadnego biednego lekarza. Zabrakło jednak informacji, czy osobiście znają choćby jednego.

Chciwość. Brzydka cecha rezydentów, którzy chcą więcej zarabiać. Gdy Konstanty Radziwiłł w 2006 roku domagał się dwukrotności średniej krajowej dla rezydentów, były to słuszne oczekiwania środowiska lekarskiego. Gdy rezydenci w 2017 roku chcieli najpierw dwóch średnich krajowych, potem półtorej średniej, a na końcu – 1,06 średniej krajowej (czyli tyle, ile w 2009 roku młodzi lekarze „dostali” od rządu Donalda Tuska) okazało się, że są chciwi. I nie chcą pracować dla idei (patrz: Idee).

Przy okazji zarzutów o chciwość pojawiły się niegodne insynuacje, że rząd Beaty Szydło ma na podwyżki dla zestresowanych i obciążonych presją pracowników Instytutu Pamięci Narodowej, że na „normalną pensję” w wysokości 90 tysięcy złotych brutto mogą liczyć osoby dobrze znające program partii (np. Małgorzata Sadurska, transfer z Kancelarii Prezydenta do PZU), a dla lekarzy nie ma. Ale wtedy z ripostą spieszył minister zdrowia, wyjaśniając, że lekarze faktycznie nie zarabiają tak mało, jak zarabiają, bo mogą sobie dorobić na dyżurach.

Dialog społeczny. Coś, do czego rząd PiS przykłada ogromną wagę, podobnie jak każdy poprzedni gabinet. Dlatego od dwóch lat działa Rada Dialogu Społecznego, której zadaniem jest opiniowanie projektów przepisów prawnych, ale pracy nie ma zbyt wiele, bo duża część projektów faktycznie rządowych zgłaszana jest do sejmu ścieżką poselską, a posłowie z nikim swoich projektów konsultować nie muszą. Na dodatek – stanowiska RDS często pozostają martwymi zapisami.
Dialog społeczny jest też ważny dla ministra zdrowia. Konstanty Radziwiłł informował o tym już na samym początku urzędowania. Dlatego wszystkie projekty ustaw i rozporządzeń są drobiazgowo konsultowane, wielokrotnie poprawiane, a potem partnerzy społeczni (również ci, którzy z dużym entuzjazmem zaangażowali się w tworzenie nowych przepisów i wspierali ministra i jego urząd z całej siły, jak np. lekarze rodzinni) orientują się, że resort zdrowia ich uwag z uwagą wysłuchał, po czym delegował je do kosza, jako pozostające w sprzeczności z wizją ministra.

Jednak w czasie protestu rezydentów tak świetnie funkcjonujący dialog społeczny przeniósł się na jeszcze wyższy poziom. Minister konsekwentnie prezentował stanowisko, że on chętnie porozmawia z rezydentami, choć w zasadzie chyba tylko o pogodzie – bo przecież wszystkie postulaty środowiska nie tylko rozumie, ale i spełnia. 6 proc. PKB w ciągu ośmiu lat to niemal to samo co 6,8 proc. PKB w ciągu trzech lat, a perspektywa wzrostu zarobków do ponad 5 tys. złotych za pięć lat powinna satysfakcjonować tych, którzy chcieliby zarabiać nawet kilkaset złotych mniej – ale już w tej chwili. A najbliżsi współpracownicy premier Beaty Szydło próbowali oszukać i upokorzyli rezydentów, wywabiając ich delegację na nocne rozmowy z panią premier, która owszem, czekała za ścianą, aż lekarze się złamią i podpiszą komunikat, że kończą protest. Warto rozmawiać!

Egzotyczne wakacje. TVP Info upojone sukcesem sondy (patrz: Bieda, której nie klepią lekarze), poszło za ciosem. Wykorzystując dorobek trolli, funkcjonujących w prawicowej części Twittera i innych mediów społecznościowych, portal publicznej stacji obnażył dwulicowość liderów protestu. Udało się bowiem dowieść, że Katarzyna Pikulska nie dość, że leczy pacjentów (własna praktyka lekarska, ha, ha!), to jeszcze ma słabość do egzotycznych wojaży. Globtroterka odwiedziła m.in. Kurdystan i Tanzanię – wszystko za skromny, rezydencki etat. Radości Samuela Pereiry, szefa portalu TVP Info, nie byłoby końca, a autor materiału – Ziemowit Kossakowski zapewne dostałby premię, a może i awans… gdyby nie nagły zwrot akcji w postaci wyciągniętego materiału „Wiadomości” sprzed zaledwie pół roku, w którym ta sama Katarzyna Pikulska była bohaterką uczestniczącą w misji medycznej w Kurdystanie, w dodatku finansowanej z pieniędzy polskiego rządu… Zabolało, oj, zabolało.

Fajrant. Ogłaszając po czterech tygodniach zakończenie protestu głodowego rezydenci zapowiedzieli masowe wypowiadanie klauzuli opt-out. Trzy dni wcześniej do wszystkich lekarzy z apelem o skrócenie czasu pracy w publicznym systemie do maksimum 48 godzin tygodniowo zaapelowała Naczelna Rada Lekarska. Jeśli lekarze – choćby część z nich – przestanie pracować po 80–100 godzin tygodniowo, jeśli na taki krok zdecyduje się choćby co trzeci lekarz, systemowi ochrony zdrowia grozi paraliż. Tymczasem minister zdrowia i premier z radością powitali zakończenie głodówki, przechodząc do porządku dziennego nad dalszym ciągiem komunikatów płynących ze środowiska lekarskiego. Nie od dziś wiadomo, że rząd słucha obywateli (patrz: Dialog społeczny), zwłaszcza wtedy, gdy są oni wyposażeni w kilofy i opony, które można podpalić na ulicach stolicy. Dlatego podpowiadamy, by „wypowiadanie klauzuli opt-out” nazwać bardziej swojsko: fajrant! Większa szansa, że politycy zrozumieją.

Głodówka rotacyjna. Forma protestowania lekarzy rezydentów nie zmusza rządzących do natychmiastowego podjęcia kompromisu, ponieważ nie uderza bezpośrednio w niczyje zdrowie – powiedział Konstanty Radziwiłł, przyspieszając decyzję Porozumienia Rezydentów OZZL o zakończeniu protestu głodowego i uruchomienia planu B, czyli wypowiadania opt-outów (patrz: fajrant).

Histeria. Wokół nakładów na ochronę zdrowia, która nieprzypadkowo rozpętała się znienacka właśnie wtedy, gdy rząd odnosi sukces przy wdrożeniu sieci szpitali, Polska rośnie w siłę, a ludziom żyje się dostatniej. Tak przynajmniej uważa minister zdrowia, który podzielił się tą refleksją z posłami Komisji Zdrowia („Nieprzypadkowo właśnie teraz rozpętuje się histerię wokół nakładów na ochronę zdrowia i bałaganu w systemie”, 9 października 2017 roku). Tak, jakby postulat środowisk medycznych dotyczących wzrostu nakładów do 6,8 proc. PKB pojawił się wczoraj (a nie X lat temu), jakby nie był przypominany choćby w uchwałach Naczelnej Rady Lekarskiej, jakby nie odbyła się rok temu duża demonstracja z hasłem przewodnim zwiększenia finansowania, jakby w tej sprawie nie zabrali głosu blisko rok temu partnerzy społeczni z Rady Dialogu Społecznego, jakby wreszcie nie było apelu ponad stu organizacji pacjenckich… (patrz: amnezja i dialog społeczny).

Idee. Twarda waluta, w której marszałek senatu Stanisław Karczewski chętnie wypłacałby młodym lekarzom pensję. „Myślenie o pieniądzach nie jest najważniejsze w życiu (…). Naprawdę warto pracować dla jakiejś idei, a nie tylko myśleć o pieniądzach – poradził lekarz Stanisław Karczewski (zarobki miesięczne 17 tysięcy złotych, roczna premia 33 tysiące złotych) swoim młodszym kolegom, którzy na etacie rezydenckim zarabiają trochę więcej rocznie, niż on – miesięcznie. Marszałek stał się obiektem wielu memów, a dziennikarze wytknęli mu nie tylko poziom własnych apanaży, ale i zarobki zatrudnionego przez niego szefa Kancelarii Senatu, lat 32, roczny dochód z umowy o pracę – 210 tysięcy złotych, plus dieta, plus premia, okrągłe ćwierć miliona złotych.

Jarosław Kaczyński. „Trzeba sobie odpowiedzieć na pytanie, czy mamy do czynienia z finałem pewnych napięć, które rzeczywiście miały miejsce od jakiegoś czasu, to była diagnoza z jednej strony niedobra, bo to oznaczałoby, że nie potrafiono temu zapobiec, a z drugiej strony dobra, bo to oznaczałoby, że chodzi o meritum, a nie o kwestie niezwiązane ze służbą zdrowia. Jest także drugie przypuszczenie, że to od samego początku nie ma nic wspólnego ze służbą zdrowia, ale mam nadzieję, że tak nie jest” (Spała, 13 października). Najważniejsza wypowiedź prezesa partii rządzącej na temat protestu. Do tej pory nie ustalono, który z wariantów wchodzi w grę, choć PiS skłania się – wbrew nadziei prezesa – do drugiej opcji.

Kanapki. Obowiązkowo z kawiorem. To znaczy w rzeczywistości z tapenadą z oliwek, ale dla telewizji publicznej to bez większego znaczenia, bo nie z pasztetową albo salcesonem. Zdjęcia kanapek z czymś obcym miały dokumentować materiał o bananowej młodzieży, czyli udających biednych liderach Porozumienia Rezydentów (patrz: Egzotyczne wakacje) i stanąć im (bananowym liderom) ością w gardle. Wyszło jak zwykle.

Lekarzyki. Konowały, początkujący lekarze, czeladnicy, nieroby, bananowa młodzież, pozerzy, lanserzy, studenciaki etc. Plus jeszcze epitety niezupełnie cenzuralne i niecenzuralne. Szambo, które przez cztery tygodnie lało się na protestujących medyków. Z czeluści Internetu, z mediów publicznych, ze strony polityków.

Łatanie dziur systemu. Rezydenci zapowiadają, że z tym skończą. Druga faza protestu (patrz: fajrant) ma hasło: „Stawiamy na jakość”. Do tej pory w służbie zdrowia obowiązywało podobne: Stawiamy na jakoś.

Miliardy. Złotych, oczywiście. Płyną do systemu szerokim strumieniem. Wicepremier Mateusz Morawiecki mówi a to o ośmiu miliardach złotych, o które bogatsza jest (będzie?) ochrona zdrowia w 2017 roku w stosunku do roku poprzedniego, a to o trzech, które z budżetu państwa zasilą (a może już zasiliły) system. Minister zdrowia publicznie obiecuje, że przy nowelizacji budżetu na 2017 rok rząd przekaże 1,5 miliarda złotych na nadwykonania, dzień później Rada Ministrów przyjmuje stosowny dokument, ale im bardziej wszyscy zainteresowani miliardami na zdrowie do niego zaglądają, tym bardziej nie widzą w nim zabezpieczonych środków na nadwykonania. Ministerstwo Zdrowia nabiera w tej sprawie wody w usta, a posłowie podczas Komisji Zdrowia opiniującej projekt budżetu na 2018 rok ze zdumieniem odkrywają, że wzrost nakładów na ochronę zdrowia będzie się realizować przez ich spadek. W ustroju słusznie minionym, w czasach PRL, nazywało się to: dialektyka.


Niech nie narzekają! Bo żyjemy w Polsce, gdzie większość tylko może pomarzyć o takich pieniądzach, jak oni zarabiają zaraz po studiach: 3,7 tysiąca złotych! I co, że brutto! I co, że się siedem lat uczyli, mogli się nie uczyć i usiąść na kasie w Biedronce. Medycyna to służba, a jaka to służba, jak tylko o pieniądzach gadają, człowiekowi pomóc nie umieją. A co, oni to jacyś lepsi są przez te studia? Prawnicy i informatycy też studia kończą, i nikt im nie płaci, że się dalej uczą. A emeryci za 1,2 tysiąca muszą przeżyć… czyli czego można się dowiedzieć, czytając komentarze pod materiałami o proteście rezydentów. Oprócz wielu głosów rozsądku.

Opozycja. Nie pamięta wół, jak cielęciem był, czyli Bartosz Arłukowicz i Ewa Kopacz – ministrowie zdrowia rządów Platformy Obywatelskiej w pierwszym szeregu obrońców rezydentów, odpytujący ministra zdrowia i premier Beatę Szydło, co rząd zrobił dla młodych lekarzy i dlaczego tak niewiele. Arłukowicz pouczający ministra zdrowia o regułach dialogu społecznego.

Młodzi lekarze zrobili wszystko, żeby ich protest nie został wpisany w obowiązujący totalny podział między obóz rządzących i opozycję – i mimo wysiłków obu stron wydaje się, że odnieśli sukces. Choć zarówno politycy PiS jak i anty-PiS robili wszystko, by pokazać młodych lekarzy a to jako, być może, nieświadome narzędzie wymierzonego w rząd spisku, (patrz: histeria), a to jako bojowników o wolność i demokrację, czyli wyzwolenie spod jarzma PiS.

Pacjenci. Z jednej strony – niezliczone wyrazy wsparcia dla protestujących młodych lekarzy. Głodująca razem z lekarzami w Krakowie pacjentka, sanitariuszka Powstania Warszawskiego oddająca rezydentom powstańczą opaskę, setki pacjentów podpisujących się pod projektem ustawy „6,8 proc. na zdrowie”. Z drugiej – dziwne, niezrozumiałe milczenie dużej części organizacji pacjenckich, które nie wydobyły z siebie głosu poparcia dla młodych lekarzy, w towarzyskich rozmowach tłumacząc, że „jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubie”: lekarze nie szanują pacjentów, więc pacjenci nie będą ich wspierać, bo nie czują, że „oni” walczą o „nas”, a nie tylko o „siebie”. Decyzja o przyjęciu zaproszenia do ministerialnego zespołu (zbojkotowanego solidarnie przez stronę pracowników i pracodawców), jaką podjęła część organizacji, była tylko postawieniem kropki na „i”.

Robimy swoje. Hasło Beaty Szydło i odpowiedź pani premier na postulaty rezydentów i zarzuty, że rząd z nimi nie rozmawia (patrz: dialog społeczny).

Stypendia zamiast rezydentury. Zimą 2015 roku ówczesna Rzecznik Praw Pacjenta zaproponowała ministrowi zdrowia, by wprowadzić przepis nakazujący lekarzom uzyskującym specjalizację odpracowanie kosztów rezydentury w publicznych placówkach ochrony zdrowia. Ministerstwo Zdrowia było na „nie”, podobnie zareagowało na propozycję ministra nauki i wicepremiera, dotyczącą ewentualnego odpracowywania samych studiów medycznych. Protest rezydentów zmienił i w tej sprawie poglądy ministra zdrowia, który zastanawia się, czy rezydentura jako taka się nie przeżyła, i czy nie powinna być zniesiona, pieniądze na specjalizacje przeniesione niżej (do szpitali, również powiatowych), a centralnie byłyby wypłacane „stypendia” lekarzom, którzy podejmą specjalizację priorytetową z punktu widzenia Ministerstwa Zdrowia. I te stypendia byłyby odpracowywane. Szczegółów brak, ale samorząd lekarski już zdążył ministrowi przypomnieć, że wszystkie zmiany dotyczące systemu kształcenia podyplomowego ma obowiązek uzgadniać z Naczelną Radą Lekarską (patrz: dialog społeczny, zagranica, ukraińscy lekarze, amnezja).

Telewizyjne paski: „Młodzi lekarze żądają podwyżek”. Słabo. „Rezydenci żądają ponad 9 tysięcy złotych pensji”. Dobrze! „Rezydenci: 5 tysięcy złotych pensji to za mało”. Jeszcze lepiej, ale ciągle nie to. „Rezydenci: 3,5 tysiąca złotych podwyżki to za mało”. Ciepło, ciepło, ale jeszcze nie gorąco. „Początkujący lekarze żądają miliardów złotych”. Yes, yes, yes! Otake publiczne media walczyliśmy! Autor tego paska w głównym wydaniu „Wiadomości” zasłużył na podwyżkę (i to nie jakieś nędzne 3,5 tysiąca złotych), premię (bynajmniej nie w ideach) i osobiste gratulacje prezesa TVP Jacka Kurskiego.

Ukraińscy lekarze. Tysiące lekarzy zza wschodniej granicy (a więc również z Białorusi) miałoby przyjechać do Polski, by tutaj zmniejszyć presję płacową ze strony lekarzy, ewentualnie wypełnić lukę po tych, którzy wyjadą, ewentualnie wypowiedzą klauzule opt-out i wybiorą po pracy fajrant albo pracę w prywatnym sektorze. I pomyśleć, że gdy Bartosz Arłukowicz straszył lekarzy rodzinnych z Porozumienia Zielonogórskiego, że ich praktyki przejmą inni lekarze, którzy już-już ustawiają się w kolejkach do oddziałów NFZ, by podpisać kontrakty (styczeń 2015, tak było), Konstanty Radziwiłł jako sekretarz NRL mówił o „straszeniu i naciskaniu w sposób, który nie licuje z zasadami państwa prawa” (patrz: amnezja). Zarówno „inni lekarze” Arłukowicza jak i „ukraińscy lekarze” Radziwiłła mają jedną cechę wspólną – nie ma ich, a jeśli są, to w śladowej liczbie. Ukraińscy lekarze mają już w tej chwili możliwość podejmowania pracy np. w Czechach, gdzie zarobki są znacząco wyższe, podobnie jak komfort pracy. Czyli: straszak wyciągnięty z kapelusza (patrz: stypendia zamiast rezydentury).

Zagranica. Międzynarodowe organizacje lekarskie poparły żądania protestujących, co osobiście zabolało ministra do tego stopnia, że zrezygnował z zasiadania w Naczelnej Radzie Lekarskiej. Członkowie rządu Beaty Szydło alergicznie reagują na „ulicę i zagranicę” i wszelkie próby ingerencji w wewnętrzne sprawy Polski. Nawet jeśli ta „ingerencja” ogranicza się do poparcia postulatów lekarzy (które rząd spełnia, a przynajmniej tak twierdzi) między innymi przez Stały Komitet Lekarzy Europejskich, którego Konstanty Radziwiłł był, kilka lat temu, prezydentem.

Źródło: Służba Zdrowia

PDF

Zobacz także