Bolesne skutki represyjnej polityki

Dr n. med. Marek Derkacz

Opublikowano 08 kwietnia 2013, 21:32

marek derkacz Fot. arch. red.
Dr n. med. Marek Derkacz

Opublikowano 08 kwietnia 2013, 21:32

        Tym razem mój wpis na blogu będzie długi, ale uważam, że temat jest bardzo ważny, bo dotyczy zarówno wielu tysięcy lekarzy, jak i milionów naszych pacjentów…

                Niedawno (niestety po raz kolejny) miałem okazję bezpośrednio przekonać się jak bolesna dla pacjentów może być polityka zastraszania lekarzy wywołana przepisami związanymi z ustawą refundacyjną. Kilka dni temu trafiła do mnie pacjentka, która dzień wcześniej została wypisana z oddziału kardiologii jednego z powiatowych szpitali Lubelszczyzny. Powodem przyjęcia chorej do szpitala było zaostrzenie choroby wieńcowej. Pacjentka od około dziesięciu lat leczyła się również z powodu cukrzycy typu 2. Z uwagi na obciążenia kardiologiczne oraz wysokie wartości glikemii obserwowane podczas hospitalizacji, prowadzący ją lekarz podjął decyzję o modyfikacji leczenia polegającej na zastąpieniu dotychczas stosowanego doustnego leczenie hipoglikemizującego - insulinoterapią. Zapotrzebowanie dobowe na insulinę u chorej ustalono na około 40 j./dobę. W dniu wypisu ze szpitala pacjentka otrzymała kartę informacyjną oraz recepty na wszystkie zalecone leki z wyjątkiem... insuliny. Na prośbę o wypisanie recepty na insulinę chorej odmówiono wypisania leku, zalecając zgłoszenie się po receptę do… lekarza rodzinnego. Z uwagi na konieczność oczekiwania na wizytę u lekarza rodzinnego wynoszącą 3 dni (!), takie są realia w niektórych rejonach Polski  oraz brak dostępu do specjalisty diabetologa w miejscu zamieszkania chorej, pacjentka nie podawała sobie insuliny. Z powodu pogarszającego się samopoczucia oraz stanu zdrowia postanowiła skorzystać z prywatnego sektora ochrony zdrowia. W trakcie oceny stanu klinicznego chorej w badaniu glukometrem stwierdziłem glikemię przekraczającą 300 mg%, ogólny stan kliniczny pacjentki również pozostawiał wiele do życzenia. Dlatego chorą z podejrzeniem kwasicy ketonowej skierowałem do szpitala. Jak się okazało moje przypuszczenia okazały się słuszne.

               Osoby niezwiązane z branżą medyczną mogą zastanawiać się, dlaczego chorej odmówiono wypisania insuliny? Niewtajemniczonym zdradzę, że powodem odmówienie wypisanie recepty na insulinę był strach lekarza przed karą, jakiej obawiał się ze strony płatnika, czyli NFZ.  Strach, może w tym przypadku nie do końca uzasadniony (chora miała oficjalnie postawione rozpoznanie cukrzycy), ale wywołany bałaganem informacyjnym panującym w polskiej służbie zdrowia.  Niestety takich wystraszonych lekarzy, jak i pacjentów znajdujących się w analogicznej sytuacji każdego dnia są w Polsce setki, a może nawet i tysiące. Zbyt często zmieniane wzory recept oraz nie dla wszystkich jasne zasady ich wypisywania oraz w wielu przypadkach mało przejrzyste przepisy, różnie interpretowane w zależności od wojewódzkiego oddziału NFZ powodują, że zarówno lekarze, jak i pacjenci czują się coraz bardziej zagubieni w zagmatwanym systemie. Lekarze dodatkowo nie ufają ustnym zapewnieniom urzędników, którzy często za pośrednictwem mediów, co jakiś czas starają się prostować błędne i niejednoznaczne decyzje wydawane w formie papierowej przez innych urzędników. Część pracowników administracyjnych sama coraz częściej gubi się w gąszczu zagmatwanych i czasami nie do końca logicznych przepisów, nieświadomie wprowadzając w błąd lekarzy, którzy wielokrotnie na próżno poszukują pomocy, dzwoniąc bezpośrednio do płatnika w oczekiwaniu otrzymania rzetelnych i wiarygodnych informacji.

Przykładów tego typu w swojej pracy zawodowej spotkałem znacznie więcej. Na przykład kilka tygodni temu zostałem poproszony przez kardiologa o konsultację diabetologiczną i ustalenie dawek insuliny wypisywanemu z kardiologii pacjentowi. Chory po zawale mięśnia sercowego, hospitalizowany w oddziale kardiologicznym miał od kilku lat rozpoznaną cukrzycę typu 2, leczoną insuliną.  Po podaniu niezbędnych dla chorego dawek leku kątem oka zerknąłem na receptę, którą wypisywał pacjentowi kolega kardiolog. Moją uwagę zwróciło „100%” wpisane w rubryce „odpłatność. Delikatnie zwróciłem uwagę koledze, że w polu odpłatność zamiast „100%”, powinna znaleźć się litera „R” – oznaczająca odpłatność ryczałtową, bowiem wypisywany preparat mieszanki insulinowej choremu na cukrzycę należał się na ryczałt. Akurat w przypadku tego konkretnego preparatu insuliny odpłatność pacjenta powinna wynieść jedynie 4zł. Po wpisaniu 100% odpłatności, pacjent za 5 wkładów insuliny (1 opakowanie) został zmuszony do zapłacenia za lek kwoty: 98.57 zł! Niestety moja uwaga dotycząca przysługującej choremu zniżki na lek na niewiele się zdała. Kolega kardiolog stwierdził, że nie będzie narażał się na kary, jakie może nałożyć na niego NFZ i robi tak jak robią prawie wszyscy jego koledzy z oddziału, którzy poza kardiologicznymi, wszystkie inne leki przepisują swoim pacjentom ze 100% odpłatnością. Tak na wszelki wypadek i dla świętego spokoju. Jak powiedział, głównie po to, aby chronić swoje cztery litery...  Bo przecież po 5 latach, które może objąć kontrola, nie będzie sprzedawał swojego mieszkania, aby zapłacić nałożoną na niego karę. Niestety przykładów tego typu każdy z nas może w swojej praktyce znaleźć znacznie więcej. Na przykład część lekarzy rodzinnych pomimo zapewnień Ministerstwa Zdrowia, że przed wypisaniem ze zniżką recepty na antybiotyki, nie jest już potrzebne wykonanie antybiogramu, w obawie przed kontrolą i karami nadal wypisuje pacjentom większość tych leków ze 100% odpłatnością. Pacjent płaci, bo musi, a NFZ …oszczędza kosztem chorych. Czarną robotę wykonują niestety zastraszeni lekarze, tylko dlatego, bo obawiają się wielotysięcznych kar, które mogą zostać na nich przez płatnika nałożone. Przy liczbie około 500 000 recept wypisywanych codziennie w Polsce można wyobrazić sobie skalę oszczędności płatnika. Oszczędności te to niestety niesprawiedliwie wyciągane z kieszeni chorych pieniądze. Sytuacji takiej jak w Polsce nie ma w żadnym innym kraju na świecie.  Tylko w Polsce decydentom udało się doprowadzić do sytuacji, że lekarze bardzo często boją się przepisywać pacjentom leki refundowane. A pacjenci, nie dość, że muszą borykać się z chorobami (często bardzo poważnymi), to do tego wszystkiego padli jeszcze ofiarą patologicznego prawa, przez którego zapisy często, aby ratować własne zdrowie lub życie, na leki wydają przysłowiowy ostatni grosz.  Niestety lekarze w Polsce pomimo protestów i wbrew swojej woli stali się „maszynką” do łatania coraz większej dziury budżetowej.

Oszczędności, jakie przynosi płatnikowi pisanie przez lekarzy recept z pełną odpłatnością są niemałe, nawet przy założeniu, że tylko część recept na leki refundowane wypisywana jest na „100%. Wystarczy tylko spojrzeć na wyniki sondaży przeprowadzanych wśród lekarzy, które pokazują, że ponad połowa z nas często z powodu braku czasu na sprawdzenie wysokości refundacji leków lub z powodu braku technicznych możliwości umożliwiających zapoznanie się ze wskazaniami do refundacji zawartymi w Charakterystykach Produktów Leczniczych (często różniącymi się od obowiązujących nas zasad EBM) oraz w obwieszczeniach refundacyjnych, w obawie przed wysokimi karami wypisuje leki ze 100% odpłatnością.  Problem dotyczy niestety niemal wszystkich lekarzy, niezależnie od miejsca i rodzaju zatrudnienia. Nawet w sytuacji, gdy umowę na wystawianie recept refundowanych zawarł z NFZ nie lekarz, a przedsiębiorstwo lecznicze, w którym medyk jest zatrudniony na etacie, to w przypadku błędnie określonego poziomu refundacji przepisywanych leków dyrekcja szpitala, czy kierownictwo poradni, w których zatrudniony jest lekarz mogą zobligować medyka do pokrycia kosztów związanych z ewentualnymi karami nałożonymi przez NFZ, a wynikającymi np. z błędnie określonego stopnia refundacji. Dlatego w opinii większości lekarzy najbezpieczniej jest wypisywać leki ze 100% odpłatnością, co niestety ze szkodą dla pacjentów często czynią. Stopień odpłatności za dany lek, czy skreślenie go lub włączenie do listy leków refundowanych mogą zmieniać się co 3 miesiące… Naprawdę trudno w takim zapisie znaleźć wytłumaczenie, no może poza tym ekonomicznym, mającym na celu drenowanie kieszeni chorych. Uczenie się na pamięć stopnia refundacji poszczególnych preparatów przez lekarzy często mija się z celem, bo jak pokazuje życie, może okazać się, że za 3 miesiące nasza dobra pamięć może przysporzyć nam tylko finansowych kłopotów, bo akurat dany preparat „wypadł” z listy refundacyjnej, a my nadal piszemy go na 30%... Choć NFZ w rzeczywistości nie karze lekarzy za drobne błędy, to jednak dysponuje odpowiednim psychologicznym straszakiem - w postaci w opinii prawników rażąco wygórowanej kary umownej za jeden błąd na recepcie w wysokości 200 zł! Również tutaj na próżno szukać wytłumaczenia, akurat takiej, a nie innej wysokości karych, chociaż średni koszt refundacji jednego leku przez NFZ wynosi jedynie około 18 zł. Podobnie trudno wytłumaczyć obowiązek dostarczania raz w roku lekarzowi rodzinnemu przez pacjentów zaświadczeń od niektórych specjalistów na temat leczenia choroby przewlekłej. Najwidoczniej osoby, które tworzyły przepisy nie wiedziały, że na przykład nie wynaleziono jeszcze leku, który wyleczyłby np. pacjenta chorego na cukrzycę typu 1… Z kolei, jeśli pacjent chory na cukrzycę typu 1  po upływie roku nie przedstawi swojemu lekarzowi rodzinnemu zaświadczenia od specjalisty, straci możliwość otrzymania przysługującej mu refundacji na insulinę i paski do glukometru, których lekarz rodzinny bez stosownego zaświadczenia od specjalisty ze względu na grożące mu kary nie zechce ze zniżką wypisać.

           Panujący w polskiej ochronie zdrowia bałagan nie tylko prowadzi do zagrożeni zdrowia i życia chorych, ale również generuje dodatkowe koszty związane z koniecznością ponownych hospitalizacji i powstałych w wyniku opóźnionego leczenia powikłań. Powtarzające się, co jakiś czas, co prawda na szczęście tylko przejściowe awarie systemów informatycznych NFZ-u (e-WUŚ), skutecznie zniechęcają lekarzy do instytucji płatnika.  Większość medyków stara się jedynie określać stopień refundacji leków wypisywanych w ramach swojej specjalizacji, pozostałe na wszelki wypadek wypisując ze 100% odpłatnością lub zalecając pacjentom zgłoszenie się po receptę na pozostałe leki do lekarza rodzinnego lub właściwego specjalisty. Sytuacja kuriozalna i niespotykana w żadnym innym kraju na świecie! A wszystko przez nieprzyjazne dla lekarzy i jak się okazuje w praktyce wręcz groźne dla pacjentów przepisy, które ustanowili „pomysłowi” urzędnicy.

            W dniu 21 lutego 2013 roku kierując się troską o stan opieki medycznej i funkcjonowaniem służby zdrowia senator – prof. Ryszard Górecki złożył na ręce Ministra Zdrowia Bartosza Arłukowicza oświadczenie, w którym przedstawił problem niespotykanej w innych krajach konieczności określania stopnia refundacji przez lekarzy i systemu niesprawiedliwie wysokich kar, nieadekwatnych do strat płatnika. Poruszył również ważny dla lekarzy i pacjentów problem marnotrawienia cennego czasu lekarzy na prowadzenie dodatkowych czynności administracyjnych, które nie powinny leżeć w gestii medyków.

(Pełny tekst oświadczenia senatora i odpowiedź Ministerstwa Zdrowia dostępne są pod artykułem)

Niestety pracownicy Ministerstwa Zdrowia albo niezbyt dokładnie zapoznali się z oświadczeniem, albo do pewnych kwestii postanowili się po prostu nie odnosić, licząc na to, że może „jakoś to będzie” i nikt nie będzie dalej drążył tematu.  W odpowiedzi z Ministerstwa Zdrowia, pod którą podpisał się wiceminister zdrowia Igor Radziewicz-Winnicki trudno odnaleźć konkretne odpowiedzi na poruszane przez profesora kwestie oraz zadane pytania. Minister nie odpowiedział na przykład, na ważne pytanie: 

„Na jakiej podstawie określono wysokość kary na kwotę 200 zł, skoro według Okręgowej Izby Lekarskiej w Warszawie średnia wartość refundacji jednego opakowania leku wynosi jedynie niespełna 18 zł?”

Wysokość tej kary została określona, co prawda przez władze NFZ-u, ale minister z racji pełnionej funkcji powinien zdawać sobie sprawę, na jakiej podstawie określono jej wysokość. Profesor Górecki z wielką stanowczością w swoim oświadczeniu wspomniał, że niezbędne są zdecydowane działania mające na celu zwolnienie lekarzy z obowiązku określania poziomu refundacji leków, tak, aby swój czas mogli w pełni poświęcać leczeniu chorych, a nie pełnić rolę finansowych strażników systemu. Zwłaszcza, że liczba lekarzy w Polsce przypadająca na dziesięć tysięcy mieszkańców jest jedną z najniższych w Europie. W odpowiedzi ministra nie można niestety znaleźć nawet jednego zdania odnoszącego się do tego problemu.. Zapoznając się z oświadczeniem senatora i odpowiedzią Ministerstwa Zdrowia można odnieść wrażenie, że minister w udzielonej odpowiedzi „leje przysłowiową wodę”.  W piśmie z MZ nie ma odniesienia do najważniejszych kwestii i pytań przedstawionych przez senatora. Wygląda to trochę tak, jakby Pan minister miał problem ze zrozumieniem oświadczenia, albo celowo starał się w odpowiedzi napisać jak najwięcej, ale za wszelką cenę nie na temat. Wymiana opinii miedzy senatorem a ministrem przypomina popularne „ja o gruszce, a ty o pietruszce”. Senator w oświadczeniu porusza kwestię bezsensownego obowiązku  określania stopnia refundacji przez lekarzy i związanego z nim skrócenia czasu poświęcanego pacjentowi oraz narażania pacjentów na niepotrzebne koszty niesłusznego braku refundacji, a Ministerstwo Zdrowia przekazuje pismo, w którym niby pisze na temat przepisów refundacyjnych, ale praktycznie wcale nie odnosi się do kwestii poruszonych przez profesora Góreckiego. Czytając odpowiedź ministra zacząłem się zastanawiać, jak zostałbym odebrany przez studentów, którym na pytanie o przyczyny hipoglikemii zacząłbym opowiadać o następstwach hiperglikemii. W sumie zbyt daleko nie odbiegłbym od tematu, bo wciąż mówiłbym o zaburzeniach gospodarki węglowodanowej, ale przez inteligentnych ludzi mógłbym zostać uznany za „zakręconego”, głuchego lub niedouczonego, który za wszelką cenę próbuje uciekać od niewygodnego tematu.

Zastosowane w ministerialnej odpowiedzi argumenty dodatkowo mają na celu ukazanie lekarzy, jako osób, które nie chcą solidnie wykonywać swojej pracy. W piśmie możemy przeczytać:  

„Dodatkowo należy podkreślić, że lekarze nie mogą oczekiwać, że umowa zwolni ich z obowiązku prawidłowego i pełnego wystawienia recepty, co może narazić pacjenta na niedogodności, a przede wszystkim na niebezpieczeństwo dla jego życia i zdrowia.” 

oraz

„Na podstawie recepty wydawana jest pacjentowi substancja aktywna biologicznie ratująca życie i zdrowie, a zatem oczekiwanie przez pacjenta, a także i NFZ dołożenia należytej staranności przy jej wystawianiu jest uzasadnione”.    

              Wydawałoby się, że minister, który do niedawna był podobno praktykującym lekarzem powinien zdawać sobie doskonale sprawę, że medycy w Polsce nie oczekują, że umowa podpisana z płatnikiem zwolni ich z obowiązku prawidłowego wystawienia recept. Chcą tylko, aby zdjęto z nich urzędniczy obowiązek określania stopnia refundacji, co jak wiemy w obecnej sytuacji leży również w interesie pacjentów. I o tym w swoim piśmie pisał senator Górecki. Nawet już student I roku medycyny doskonale zdaje sobie sprawę, że jeśli błąd na recepcie przyczyniłby się do śmierci pacjenta, to w przypadku jego ujawnienia lekarz poniósłby pełną odpowiedzialność zarówno cywilną, jak i karną. W takim przypadku „granie” pacjentami, szczególnie ze strony ministra-lekarza nie jest na miejscu. Wydaje się, że to właśnie wprowadzone przepisy, którymi narzucono na lekarzy obowiązek określania stopnia refundacji i zastraszono ich wysokimi karami, narażają pacjentów na niedogodności, o których w swojej odpowiedzi pisze minister. Dlaczego? Bo lekarz, który skrupulatnie sprawdza poziomy odpłatności wypisywanych leków, tym samym skraca czas poświęcany bezpośrednio choremu, a jeśli już przeznacza tyle samo czasu na zebranie wywiadu i badanie fizykalne co dotychczas, naraża innych pacjentów na dłuższy czas oczekiwania na poradę. Wprowadzone przepisy doprowadziły również do tego, że duża część lekarzy w obawie przed wygórowanymi karami finansowymi za błędnie oznaczony stopień refundacji piszę leki ze 100% odpłatnością, a to z kolei może narażać na niebezpieczeństwo zdrowie i życie pacjentów. Których? Tych, których nie stać na pełnopłatne leki. A przecież prawo do leków refundowanych ze środków publicznych przysługuje wszystkim uprawnionym!

             Niestety, jak możemy również przeczytać w odpowiedzi, w opinii Ministra Zdrowia zapisy o karach finansowych nakładanych na lekarzy przez NFZ zapisane w umowie i potraktowane, jako kary umowne „wydają się być” dopuszczalne. Jak widać Pan Minister nie do końca ma pewność i posiłkuje się słowem „wydawać się”, co oznacza ni mniej, ni więcej, ale to samo, co „mieć wrażenie”. Brak profesjonalizmu w takiej instytucji jak Ministerstwo Zdrowia nie nastraja pozytywnie.  Interesujące jak opinia publiczna odebrałaby słowa ministra typu: „ Karanie za błędy lekarskie wydaje się być dopuszczalne”.  Ciekawe, co z kolei pomyślałby pacjent, gdyby lekarz rodzinny powiedział mu: „Dawki zaleconych Panu leków wydają się być dopuszczalne...”. 

             Co więcej, jak zgodnie z prawdą, ale niefortunnie dla siebie przyznał podsekretarz stanu w udzielonej na piśmie oficjalnej odpowiedzi: „Kara umowna pełni funkcję represyjną…” Jak wiemy, prawo w państwie pełni różnorodne funkcje wobec poszczególnych obywateli  i całego społeczeństwa. Wśród funkcji prawa możemy wyróżnić m.in. funkcję regulującą życie społeczne (stabilizacyjną), funkcję wychowawczą, ochronną, dynamizującą, dystrybucyjną, kontrolną, kulturotwórczą, organizacyjną, gwarancyjną i …represyjną.. Korzystając z literatury prawniczej można znaleźć kilka definicji funkcji represyjnej prawa, które zamieszczam poniżej:

  1. Funkcja represyjna prawa- prawo ma za zadanie określić wymiar kary za dokonanie przestępstw, działać odstraszająco na sprawców, a także realizować zasadę nieuchronności poniesienia kary za dokonane przestępstwo.”
  2. Funkcja represyjna prawa polega  na wymierzaniu kary osobom łamiącym prawo i jest ona silnie związana z funkcją prewencyjną, mającą na celu przeciwdziałanie popełnianiu przestępstw (czy szeroko rozumianemu łamaniu prawa). Jeśli w danym systemie prawnym kary wymierzane za określone czyny są dotkliwe, a wykrywalność przestępstw duża, uznaje się, iż jest to najsilniejszy bodziec działający na wyobraźnię ewentualnego przestępcy i powstrzymujący go od dokonywania czynów łamiących prawo.”
  3. Funkcja represyjna prawa opiera się na akcie normy naruszonej. Jest to najstarsza funkcja prawa karnego realizowana w dalekiej przeszłości na zasadzie odpłaty równym złem w stosunku do popełnionego zła.

Jak widać,  zastosowanie kar wobec lekarzy przez płatnika ma jeden cel, a lekarzy w Polsce traktuje  się jako potencjalnych przestępców, co nie jest dopuszczalne w żadnym cywilizowanym i szanującym się kraju.

              Jedynym odniesieniem w odpowiedzi ministra do problemu czasu, jaki lekarze muszą tracić na określenie stopnia refundacji leków była informacja, że na stronie Ministerstwa Zdrowia w zakładce „lek” publikowane są obwieszczenia w formie tabeli, które umożliwiają w bardzo szybki i sprawny sposób sprawdzenie czy dany lek jest refundowany, na jakie wskazanie i jaki jest jego stopień odpłatności.  Niestety pan minister nie wziął pod uwagę faktu, że dziesiątki tysięcy lekarzy w Polsce podczas swojej codziennej pracy nie korzystają z komputerów, a kolejne dziesiątki tysięcy medyków nie mają stałego dostępu do internetu. A jeśli mają, to liczba komputerów w wielu lekarskich gabinetach jest wielokrotnie mniejsza, niż pracujących na oddziałach lekarzy.  Przy okazji warto wspomnieć, że całkiem niedawno, bo jeszcze 28 lutego 2013 roku podczas spotkania z prezesem Naczelnej Rady Lekarskiej Maciejem Hamankiewiczem, wiceminister stwierdził, że proces wypisywanie recepty należy uprościć, a kiedy chciał przepisać receptę swojej matce, zajęło mu to dokładnie …15 minut. Co w takim razie mają powiedzieć np. lekarze rodzinni, którzy na co dzień wypisują kilkadziesiąt recept, a nie mają dostępu do internetu?

Niestety, jak widać do tej pory uczyniono niewiele, by lekarze nie tracili czasu na sprawdzanie stopnia refundacji leków, a pacjenci mieli zagwarantowane (należące im się zgodnie z obowiązującym prawem) leki refundowane. O częściowym sukcesie można by mówić, gdyby wraz z zamieszczaniem na stronie MZ informacji na temat wysokości refundacji poszczególnych leków, zapewnić każdemu praktykującemu lekarzowi w Polsce dostęp do przenośnego komputera i internetu lub regularnie, co dwa miesiące wysyłać każdemu lekarzowi oficjalną listę leków wraz ze wskazaniami zawartymi w  ChPL i aktualną wysokością refundacji. Pełny sukces – to zdjęcie z lekarzy, zabierającego pacjentom czas, urzędniczego obowiązku określania stopnia refundacji.

Zresztą już na samym początku, kiedy jeszcze planowano obciążenie lekarzy obowiązkiem dokładnego sprawdzania zmieniających się poziomów refundacji i wskazań z ChPL oraz zastraszano nas wysokimi karami za błędnie określony stopień refundacji, powinniśmy jako środowisko skuteczniej walczyć, by nie dopuścić do wprowadzenia szkodliwych przepisów,  które niestety oprócz reperowania budżetu NFZ, tylko pogarszają jakość świadczonej przez nas opieki i powodują, że część pacjentów nie realizuje recept i przerywa leczenie.

               Niebawem zapoznam czytelników portalu Medexpress z wynikami badania oceniającego wpływ konieczności sprawdzania wysokości refundacji leków przez lekarzy na niektóre aspekty jakości świadczonej opieki medycznej. Badanie to, wraz z grupą współpracowników przeprowadziliśmy wśród reprezentatywnej grupy lekarzy rodzinnych i internistów, którzy spośród wszystkich specjalistów wypisują na co dzień zwykle najwięcej recept. Pełne wyniki badania będę mógł zaprezentować dopiero za dwa miesiące, po oficjalnej publikacji pracy w jednym z naukowych czasopism. Jednak, najważniejsze wnioski ogólne mogę przedstawić już teraz. Na podstawie przeprowadzonego badania wykazaliśmy, że konieczność określania stopnia refundacji leków przez lekarzy skraca czas poświęcany pacjentom, a tym samym ma istotny wpływ na pogorszenie jakości świadczeń medycznych. I drugi ważny wniosek, który nasi decydenci powinni wziąć sobie do serca: „Nowe przepisy refundacyjne i system wprowadzonych kar, wbrew intencjom ich twórców mogą zwiększyć koszty ponoszone przez państwo na ochronę zdrowia.”

                 Niestety w oficjalnej odpowiedzi Ministerstwa Zdrowia nie obyło się również bez czeskiego błędu. Z przesłanego  pisma wynika, że zmiany wprowadzone do zarządzenia z 2021 r.(sic!) w sprawie wzoru umowy upoważniającej do wystawiania recept były kompromisem. Jak widać pełny kompromis niestety nie został jeszcze osiągnięty, a pacjenci i lekarze liczą na szybsze rozwiązanie problemu, dużo wcześniej niż w 2021 roku…. Pozostaje mieć nadzieję, że polscy politycy w końcu zrozumieją, że prowadzona w ochronie zdrowia polityka jest krótkowzroczna, a oszczędności są tylko pozorne i niebezpieczne dla pacjentów. Widać to doskonale  na przykładach , które przytoczyłem na początku mojego długiego blogowego wpisu. A to niestety tylko czubek góry lodowej…

Oświadczenie złożone przez senatora – prof. Ryszarda Góreckiego

http://www.senat.gov.pl/gfx/senat/userfiles/_public/k8/dokumenty/stenogram/oswiadczenia/gorecki/2701.pdf

Odpowiedź Podsekretarza w Ministerstwie Zdrowia – dr Igora Radziewicza-Winnickiego

http://www.senat.gov.pl/gfx/senat/userfiles/_public/k8/dokumenty/stenogram/oswiadczenia/gorecki/2701o.pdf

Pobierz ten artykuł w formacie .pdf

podobne

PN WT ŚR CZ PT SO ND
1
2
3
4
5
6
7
8
9
10
11
12
13
14
15
16
17
18
19
20
21
22
23
24
25
26
27
28
29
30
31