Wizyta studyjna w Brukseli - wrażenia i wnioski

Dr n. med. Marek Derkacz

Opublikowano 30 marca 2013, 10:52

marek derkacz Fot. arch. red.
Dr n. med. Marek Derkacz

Opublikowano 30 marca 2013, 10:52

         Choć dosyć kosztowny dla pracodawców, a zarazem deficytowy dla budżetu system ochrony zdrowia funkcjonujący w Belgii jest na całym świecie oceniany jako jeden z najlepszych w Europie. Nawet przez samych Belgów (pomimo mającej na celu między innymi racjonalizację zachowań pacjentów konieczności współpłacenia za usługi zdrowotne) jest bardzo ceniony za powszechną dostępność, satysfakcjonującą opiekę i niezbyt wysokie jak na kieszenie Belgów koszty leczenia. W Belgii, w przeciwieństwie do Polski jest kilku głównych ubezpieczycieli zdrowotnych. Konkurencja między nimi zapobiega możliwości narzucania szpitalom niekorzystnych warunków, tak jak w Polsce często  czyni to mający monopol NFZ. Środki finansowe przeznaczane na ochronę zdrowia Belgów pochodzą ze składek pracodawców, pracowników i emerytów. Oprócz dotacji budżetowych na ochronę zdrowia w Belgii przeznacza się również część dochodów z podatku VAT, 10 proc. przychodów z prywatnych ubezpieczeń samochodowych i zdrowotnych oraz opłaty wnoszone przez firmy farmaceutyczne.

          Kilka dni temu wraz z grupą około trzydziestu osób zarządzających ochroną zdrowia na Lubelszczyźnie (dyrektorzy szpitali, władze OW NFZ i Uniwersytetu Medycznego) miałem zaszczyt i przyjemność  uczestniczyć w zorganizowanej przez europosła Arkadiusza Bratkowskiego wizycie studyjnej w Brukseli. Wyjazd miał na celu zapoznanie managementu ochrony zdrowia Lubelszczyzny z funkcjonowaniem systemu opieki zdrowotnej w Belgii. W programie wizyty znalazły się m.in. wizyta w szpitalu Saint Pierre w Brukseli, spotkanie seminaryjne z przedstawicielami Komisji Europejskiej, Stałego Przedstawicielstwa RP przy UE, Biura Promocji Nauki Polskiej Akademii Nauk w Brukseli, a także reprezentantami europejskich federacji sektora medyczno-farmaceutycznego.  Po powrocie z Brukseli, pomyślałem, że wrażeniami z wyjazdu warto podzielić się z szerszym gronem osób.

         Wizytę rozpoczęliśmy od zwiedzania belgijskiego szpitala.  Pierwszą rzeczą, która zwróciła naszą uwagę tuż po wejściu do szpitala było poczucie ciepła i otwartości. Niemal domowa atmosfera, tworzona przez miłe, sympatryczne i uśmiechnięte rejestratorki idealnie współgrała z ciepłymi barwami szpitalnych ścian, które w niczym nie przypominały najczęściej stosowanych w polskich szpitalach zimnych kolorów. Takie zestawienie idealnie redukowało napięcie i stres pacjentów związany z wejściem na teren placówki. Wchodząc do szpitala można było poczuć się prawie jak w domu, a mówiąc krótko - zupełnie nie czuło się szpitala. Może również w Polsce powinniśmy ożywić szpitalne ściany dodając im nieco ciepłych barw, tak jak robimy to np. w szpitalach pediatrycznych (oczywiście bez zbędnej przesady w postaci myszek Miki i psów Pluto na ścianach) Chromoterapia, czyli leczenie kolorem znana była już cztery tysiące lat temu, kiedy odkryto, że barwy mogą wpływać na psychikę i zdrowie człowieka. Leczenie kolorem było popularne już w starożytnych Chinach, Indiach i Egipcie. Barwy, choć nie zawsze leczą, to z całą pewnością mogą skutecznie wpływać na nastrój, a odpowiednie ich dobranie może skutecznie eliminować stres.  Wielkie malowanie w Polsce należałoby zacząć od SOR-ów i izb przyjęć, stosując kolory, które uspokajają i koją…

Drugą rzeczą, która zwróciła uwagę chyba wszystkich uczestników wizyty były niewielkie 2-4 osobowe sale chorych. Sale zapewniające komfort i poczucie prywatności. Dodatkowym atutem była możliwość otrzymania za dopłatą jednoosobowej, dobrze wyposażonej sali z łazienką.

Kolejną rzeczą, na którą zwrócono naszą uwagę podczas wizyty był sprzęt szpitalny. Sprzęt ten, choć nowoczesny, to na osobach zarządzających polskimi szpitalami nie zrobił większego wrażenia. Dyrektor największego szpitala Lubelszczyzny nie miałby się czego powstydzić goszcząc gości z Brukseli w swoim szpitalu, choć już dyrektorzy mniejszych i gorzej wyposażonych szpitali chętnie by taki sprzęt w swoim placówkach widzieli.

Pozytywnie zaskoczył nas również brak długich kolejek w oczekiwaniu na wizytę lekarską w przyszpitalnych poradniach. Okazało się, że pacjenci mają wyznaczane konkretne godziny wizyt, w związku z czym nie muszą tracić czasu w oczekiwaniu na przyjęcie przez lekarza. Dlaczego wprowadzenie takich rozwiązań w Polsce jest aż tak trudne, że nie można tego zrobić?  Takie rozwiązania przecież skutecznie poprawiają komfort i zwiększają zadowolenie pacjentów z jakości opieki zdrowotnej, ale również pozytywnie wpływają na warunki pracy personelu medycznego (nie ma za drzwiami głośnych kłótni i przepychanek). Myślę, że gdyby polscy decydenci musieli korzystać z tej samej publicznej służby zdrowia, co inni chorzy w Polsce, to tego typu rozwiązania wprowadzono by już dawno temu.

         Po wizytacji szpitalnych oddziałów przyszła pora na pytania i dyskusję. Jednym z pierwszych zagadnień, które najbardziej interesowały dyrektorów polskich szpitali były oczywiście kwestie finansowe. Okazało się, że roczny budżet szpitala w Brukseli jest CZTEROKROTNIE większy, niż środki finansowe, jakimi w tym samym czasie dysponuje największy szpital Lubelszczyzny. By nie było wątpliwości, porównania dokonywano w tej samej walucie. Należy również dodać, że największy szpital Lubelszczyzny posiada w swojej strukturze o ponad 100 łóżek więcej od jego belgijskiego odpowiednika.

        Biorąc pod uwagę kilkukrotnie mniejsze od belgijskich środki finansowe przeznaczane na Polskie szpitale, którymi każdego roku dysponują dyrektorzy, a na których to właściwie spoczywa zadanie zapewnienia opieki na europejskim poziomie, warto zastanowić się nad tym - jak dobrym trzeba być menedżerem, aby zapewnić bezpieczeństwo zdrowotne lokalnej społeczności, a jednocześnie nie zadłużać kierowanej przez siebie placówki. Przy obecnym finansowaniu ochrony zdrowia w Polsce wydaje się to praktycznie niemożliwe… Dlatego większość szpitali w Polsce pogłębia swoje zadłużenie, a przecież Polacy nie chorują inaczej od Belgów, a ceny leków i sprzętu są do siebie zbliżone.  Nota bene, w sklepach w Brukseli można z powodzeniem znaleźć wiele tańszych produktów, niż te dostępne w Polsce, a ceny pozostałych artykułów, czy dóbr nie stanowią wielokrotności cen ich odpowiedników w naszym kraju.   Zastanawiające jest, jak szpitale w Polsce pomimo kilkukrotnie mniejszych nakładów są w stanie spełniać swoje funkcje, niekiedy dysponując nawet równie nowoczesnym sprzętem? Odpowiedź w dużej mierze ukryta jest w wysokości pensji personelu medycznego zatrudnianego w publicznych szpitalach, o czym możemy przekonać się zapoznając z jednym z raportów Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD). Według raportu wysokość przeciętnej pensji belgijskich lekarzy kontraktowych jest 7,8 razy wyższa niż średnia krajowa pensja.  Dla porównania w Holandii, której system opieki zdrowotnej oceniany jest jako najlepszy w Europie pensja samozatrudnionych lekarzy wynosi 8,4 średniej krajowej, a etatowych 4-krotność. Znacznie więcej niż w Polsce zarabia tam również personel średni i pomocniczy.  U nas niestety, choć Ogólnopolski Związek Zawodowy Lekarzy  apeluje o to od lat, nie przeprowadzono szacunkowej wyceny wartości pracy lekarzy, a statystyczny polski lekarz zarabia kilkukrotnie mniej niż jego zachodni koledzy.

          Po wizycie w szpitalu przyszedł czas na spotkanie w Parlamencie Europejskim. Od jednego z zaproszonych gości dowiedzieliśmy się między innymi, że nakłady na ochronę zdrowia w Europie w opinii polityków unijnych są obecnie zbyt niskie, a problem niedofinansowania tego sektora trzeba jak najszybciej rozwiązać. Szkoda, że tego problemu zdają się nie dostrzegać polscy politycy.  Problem niedofinansowania własnej ochrony zdrowia widzą państwa dużo od nas bogatsze i przeznaczające na zdrowie swoich obywateli kwoty nieraz kilkukrotnie wyższe od wydatków ponoszonych w naszym kraju.  Przy okazji warto wspomnieć, że według stworzonego przez OECD i Komisję Europejską raportu Health at a Glance: Europe -2012 całkowite wydatki per capita na ochronę zdrowia w naszym kraju w 2010 roku wynosiły 1068 euro. To czterokrotnie mniej niż w Szwajcarii i Norwegii, trzykrotnie mniej niż w Niemczech i dwukrotnie mniej niż we Włoszech. Jak się okazało, nawet Słowacy wydają o ponad 35% więcej od nas.  Na ochronę zdrowia przeciętnego obywatela mniej niż w Polsce w wydaje się jedynie w Rumunii i Bułgarii…

Politykę zdrowotną państwa nieco łatwiej jest jednak oceniać przez pryzmat wydatków wyrażanych jako odsetek produktu krajowego brutto (PKB).  W USA na ochronę zdrowia obywateli wydaje się około 16% PKB, co pokazuje jak ważny dla Amerykanów jest ten sektor. Na starym kontynencie jest już dużo gorzej, a wskaźnik ten dla naszego kraju jest od wielu lat jednym z najniższych w Europie i wynosi obecnie około 7%. Dla porównania w Holandii, Francji, czy Niemczech wynosi odpowiednio 12%, 11,6% i 11,6%. Warto również wziąć pod uwagę fakt, że PKB Polski jest znacznie niższe niż np. PKB Niemiec, a tym bardziej USA, co pokazuje jak wielkie są dysproporcje w wielkości środków przeznaczanych na leczenie przeciętnego Niemca, Amerykanina i Polaka.

        Jeśli w najbliższym czasie w naszym kraju nie zostaną podjęte mądre decyzje mające na celu wzrost wydatków na ochronę zdrowia, to czeka nas zdrowotna katastrofa. 9% PKB– to średnia Unijna, choć czołowi politycy UE doskonale wiedzą, że w obliczu starzenia się europejskiej populacji te środki są już teraz zdecydowanie niewystarczające. My wydajemy jedynie około 7% PKB... Powinniśmy już teraz zadać sobie pytanie, o to - jak można przekonać naszych decydentów o konieczności zwiększenia nakładów na zdrowie Polaków?  Czy potrzebne są coraz częściej eksponowane przez media ludzkie tragedie, wynikające często ze zbyt niskich nakładów i coraz bardziej ograniczanego dostępu do leczenia? A może wystarczyłoby choć na miesiąc zmusić polityków, by korzystali tylko i wyłącznie z ogólnodostępnej służby zdrowia, z której korzysta przeciętny Kowalski?  Większość z nich, biorąc pod uwagę średni czas oczekiwania na niektóre specjalistyczne porady nie doczekałaby wizyty, ale z pewnością miałaby czas, by zastanowić się i zaproponować jakieś racjonalne rozwiązania, umożliwiające istotne zwiększenie nakładów na ochronę zdrowia. „Cud nad Wisłą”, bo tak śmiało można nazwać utrzymywanie skrajnie niedofinansowanego systemu ochrony zdrowia w Polsce na europejskim poziomie powoli się kończy.  Dowodem na to jest rosnąca liczba szpitali tonących w długach, narastające z każdym tygodniem niezadowolenie nadmiernie obciążonego pracą i kiepsko opłacanego personelu medycznego oraz pogarszająca się dostępność pacjentów do leczenia. Mając na uwadze proces starzenia się populacji naszego kraju oraz idący z nim w parze wzrost kosztów, już teraz powinniśmy sięgnąć po sprawdzone w innych krajach metody zwiększenia nakładów na ochronę zdrowia. Sama racjonalizacja wydatków, którą ciągle staramy się wprowadzać nie może wiązać się ze spadkiem bezpieczeństwa zdrowotnego pacjentów. Nie wolno przekraczać pewnej granicy! Niestety w niektórych polskich szpitalach wprowadzone działania oszczędnościowe zagrażają już bezpieczeństwu pacjentów. Redukcje etatów białego personelu, czy łączenie dyżurów lekarskich, które już teraz skutkują spadkiem bezpieczeństwa chorych, będą niedługo kończyły się na salach sądowych. Dlatego musimy apelować do decydentów o podjęcie jak najszybszych działań ratunkowych, a pacjentów przekonywać, że bez zwiększenia wydatków na zdrowie, jego ochrona może być jedynie fikcją.

 

Pobierz ten artykuł w formacie .pdf

podobne

PN WT ŚR CZ PT SO ND
1
2
3
4
5
6
7
8
9
10
11
12
13
14
15
16
17
18
19
20
21
22
23
24
25
26
27
28
29
30
31