Duży wywiad: Drugie życie solistki

Fot. Tomasz Kobosz
Możesz dopisać, że szkoła baletowa była jak wojsko ─ powiedziała Urszula Jaworska, kiedy dziękowałam jej za rozmowę. Nikt jej nie odmówi silnego charakteru, uporu i konsekwencji w działaniu. Rzeczywiście te cechy mogą być zasługą szkoły, w której się wychowywała.
Kalina Gierblińska 2019-05-31 10:20

Urszula Jaworska jest absolwentką Państwowej Szkoły Baletowej w Warszawie. Jej życie dzieli się na dwa etapy: ten w tańcu, kiedy pracowała m.in. w Teatrze Sabat i ten poza sceną, ale wciąż z działaniem według dyscypliny i pewnego rytmu. W 1994 roku zachorowała na białaczkę. Trzy lata później w Klinice Hematologii Śląskiej Akademii Medycznej w Katowicach, jako pierwsza w Polsce pacjentka, przeszła przeszczep szpiku od dawcy niespokrewnionego. Zabiegu dokonał profesor Jerzy Hołowiecki. Po tym doświadczeniu postanowiła oddać światu to, co dostała w prezencie. Założyła m.in. jeden z pierwszych w kraju Bank Szpiku Kostnego. Jest prezesem Fundacji im. Urszuli Jaworskiej i wspiera pacjentów nie tylko z nowotworami krwi. Dziś jest także przewodniczącą ministerialnego zespołu do spraw opracowania propozycji projektu ustawowych regulacji dotyczących praw i obowiązków pacjentów i nadzoruje projekt opieki koordynowanej w stwardnieniu rozsianym (KOSM).

Kiedy była na scenie, zawsze szukała wśród publiczności mężczyzny, któremu zadedykuje swój taniec. W życiu „tańczyła” dla swojego męża, Czesława Baranowskiego. Straciła go w wyniku choroby kilka miesięcy temu. Doświadczenia Urszuli i jej bliskich dają jej mandat do występowania na scenie ochrony zdrowia nie tylko w swoim imieniu.


Kalina Gierblińska: Jesteś absolwentką Państwowej Szkoły Baletowej w Warszawie. Przewodziłaś największym zespołom baletowym, choć jeśli chodzi o taniec, jesteś przede wszystkim solistką. I mimo, że już dawno nie zajmujesz się tańcem, to czy dalej jesteś solistką?

Urszula Jaworska: Myślę, że tak. Mentalnie dalej jestem solistką.

K.G: Co to oznacza?

U.J: Jestem nastawiona na cel. Tego wymagał ode mnie mój zawód. Od 10. roku życia wpajano nam w szkole baletowej, że naszym celem jest jej ukończenie, bycie najlepszym i przejście na emeryturę z honorem. Odeszłam wtedy, kiedy poczułam, że powinnam zejść ze sceny. Nie był to wybór wieku, tylko głowy. Uczono nas także tego, że praca solisty jest bardzo wygodna, bo to do solisty pozostali muszą się dostosować. Natomiast każdy solista musi nauczyć się pracować z zespołem. To samo dotyczy pracy zespołu, tzn. pracuj tak, jakbyś kiedyś miał stać się solistą. Solistą można być, ale zawsze można spaść z piedestału i wtedy trzeba umieć wrócić z twarzą do tych, od których się wyszło. Nigdy nie zapominam o tym, że niezależnie od tego, w którym miejscu jestem, mogę w nim za chwilę już nie być.

K.G: Lubisz być sama na scenie?

U.J: Czuję się solistką nie dlatego, że lubię robić coś sama, tylko lubię mieć na swoich barkach odpowiedzialność za wszystko, co robię. Ludzie w mojej fundacji ciężko pracują, wspierają mnie, ale to ja trzymam stery. Jestem trudną osobą we współpracy, samotnym wilkiem, który woli decydować. Przeważnie na prośbę o współpracę, słyszałam: OK, ale ty odwal robotę, a ja się później przykleję. I to mnie nauczyło, by nie współpracować z nikim. Kilka lat temu, kiedy powołaliśmy Polską Unię Organizacji Pacjentów, wróciła znowu do mnie chęć zrobienia czegoś dla środowisk pacjenckich wspólnie, nie tylko jako solistka. Czy się to udaje? To inni powinni ocenić.

K.G: Skąd się bierze Twoje zamiłowanie do takiego ciężaru?

U.J: Wyniosłam to i z domu. I ze szkoły. Rzeźbiono mnie jako tancerkę w ostrych i rygorystycznych warunkach. Na jej linii startu jest wiele osób, ale na mecie znacznie mniej. Było to dla mnie ciężkie doświadczenie, bo jako dziesięciolatka musiałam zamieszkać w internacie, z dala od rodziców. Spędziłam tam dziewięć lat. Musiałam się nauczyć wielu rzeczy od fizycznych i psychicznych, by nie zwariować z tęsknoty. Rodziców moja decyzja wiele kosztowała, zarówno pieniędzy, jak i siły. Postanowiłam, że sobie w tej szkole poradzę, że rodzicom nie będę mówić o swoich problemach. To była lekcja odpowiedzialności za swoje decyzje.

K.G: Co z ciebie musiała być za przysłowiowa cholera, że w wieku 9 lat zadecydowałaś o większości swojego życia?

U.J: Pamiętam dzień, kiedy przyszła do nas sąsiadka z ogłoszeniem z gazety, dotyczącym naboru do szkoły baletowej. Ja ciągle pląsałam po domu i ktoś tak palnął do mnie, że może bym poszła do takiej szkoły. Odpowiedziałam, że pójdę. Wszyscy myśleli, że na tym się skończy. To była decyzja w pięć minut. Na pierwszy rok przyjęto mnie warunkowo, bo miałam wadę serca. Mama przed każdym egzaminem szła do kościoła modlić się, by mnie nie przyjęli. A ja każdy egzamin zdawałam aż do skutku. Kiedy już trafiłam do internatu, nie pisałam listów. Nie lubiłam tego robić. Zemścił się na mnie ten brak „wdzięczności” do rodziców, kiedy zaczęłam pracę w Fundacji. Wtedy musiałam przeprosić się z pisaniem.

K.G: Twoja mama, jeśli tak się o ciebie bała, mogła zabronić Ci tej szkoły baletowej. Musiała Ci chyba bezgranicznie ufać. I kochać Cię.

U.J: Tak, ale też wiedziała, że jeśli nie da mi tej szansy, to nie będzie miała ze mną życia. Cenię moją mamę za to. Cenię ją także za to, że po pięciu latach mojego pierwszego, nieprzemyślanego małżeństwa, gdy powiedziałam jej, że się rozwodzę, usłyszałam od niej, że ona przez te pięć lat na to czekała. Tyle, że nigdy nie dała mi tego poznać po sobie. Jak silną kobietą musiała być, skoro widziała, że moje życie nie układało się tak, jakby chciała tego każda matka dla córki, a mimo to stała z boku i nie komentowała. Trudne to dla matki, prawda? Nie potrafię tego w stosunku do mojej córki, Oli.

K.G: Za co jesteś wdzięczna mamie?

U.J: Za wszystko. Nawet za to, że w tej chwili jest, a przecież jej nie ma, bo jest chora na alzheimera. Ona wiedziała, że jestem silna i uparta, i muszę sama się sparzyć. Ewentualnie pokaleczyć się i wtedy przyjść do niej wypłakać się, jak mi źle.

K.G: O szkole baletowej krążą legendy, że potrafi być doświadczeniem traumatycznym. Jakie rzeczy były najważniejsze i jednocześnie najtrudniejsze dla Ciebie w tym okresie?

U.J: Te najważniejsze zaczęły się jeszcze przed przekroczeniem murów szkoły. Przed wyjazdem miałam długie włosy, bardzo długie warkocze zapuszczane od dzieciństwa. Kochałam je. I pierwszą traumą i poświęceniem było to, że rodzice obcięli mi włosy na krótko, na chłopaka. Zrobili to, żebym nie miała problemu z ich czesaniem. Do dziś pamiętam, jak siedziałam na krzesełku, a obcinane włosy spadały mi do stóp. To było moje pierwsze zderzenie z życiem – wybrałaś, a to są konsekwencje tego i musisz sobie dać z tym radę.

Podobno przez pierwsze dla lata szkoły płakałam. Nie pamiętam tego. Wychowawczyni mówiła o tym mojej mamie. To było dla mnie pierwsze doświadczenie niesprawiedliwości. Nie chciałam, aby mojej mamie ktoś mówił że jest ciężko, chciałam ją chronić. Miałam to szczęście, że od początku nauki byłam blisko sceny. Oprócz zajęć podstawowych, mieliśmy próby i spektakle wieczorami. Wracaliśmy o godz. 22 po spektaklu do internatu. To był okres intensywnej pracy. Nie było czasu na odrabianie lekcji, robiło się to pod drabinką albo doczytywało lektury. Ta intensywność pracy pozwoliła mi nie myśleć, że jestem daleko od domu. Po skończeniu szkoły dużo jeździłam po świecie. I to znów był czas rozstania, ale tym razem z moją córeczką i mężem. Olę do trzeciego jej roku życia wychowała moja mama i siostra. Czesio [Czesław Baranowski, drugi mąż Urszuli Jaworskiej-przyp.red.], kiedy mógł, jeździł po nią. Człowiek dawał sobie taką nakładkę na życie, dzięki której mógł powiedzieć sobie, że z jakiegoś powodu to wszystko robił. Nauczywszy się tej umiejętności „nakładania” wyjaśnień od dzieciństwa, łatwiej było mi powiedzieć – wyjeżdżam bo muszę. Ale myśli swoje robiły, bo ciężko jest uchronić się przed myślami, że jednak zostawiasz rodzinę, samego męża z małym dzieckiem. Życie jednak się szybko zmieniło i ustaliło nowe priorytety. Przez całe życie przeszłam z tymi nakładkami, które jak zbroja przyklejały się do mnie. I wzmacniały.

K.G: Nie przeszło Ci kiedyś przez myśl, że jeśli nie dajesz rady, to możesz powiedzieć sobie „stop”?

U.J: Nigdy nie miałam takiej myśli. Nie chciałam takiej mieć. Nie brałam jej pod uwagę. Chyba lubiłam tę harówę. I lubię do tej pory. Nie wyobrażałam sobie, że kiedyś przestanę tańczyć. Ten dylemat rozwiała mi później choroba Oli. Teraz tego nie potrzebuję. Zobacz jak człowiek sam potrafi przestawić sobie w głowie.

K.G: Nie chciałabyś wrócić do tańca?

U.J: Nie. To już nie mój świat, nie czuję tego. Za dużo się zmieniło przez tych 28 lat, od kiedy nie jestem w zawodzie. Tańca też uczyłam, miałam swego czasu zastąpić guru szkoły baletowej, profesor Chojnacką, ale choroba wszystko przekreśliła. Nie żałuję. Było, minęło. To, co teraz robię było świadomym wyborem. Lubię jednak wciąż popatrzeć na ładny taniec, na tę lekkość, wiedząc co się pod nią kryje – krwawiące palce, pozdzierane pięty i paznokcie.

K.G: Jaka byłaś w tańcu?

U.J: Nie byłam wzorową uczennicą, a raczej trójkową. W klasie maturalnej zabrakło nauczyciela od tańca klasycznego, więc postanowiono, że będziemy ćwiczyły razem z chłopakami. Wtedy stwierdziłam, że zmarnowałam 8 lat szkoły baletowej. Byłam typem męskim tancerza, lubiłam wysoko skakać i robić piruety. Byłam silna i mocna. Mówiono o mnie, że byłam jak koń Przewalskiego – zbita i jakby trzeba było, to bym i dziewczynę dźwignęła. Jak poczułam czym różni się lekcja tańca klasycznego u dziewczyn, a u chłopaków, to się rozwinęłam i dało mi to kopa. Na maturze dostałam solówkę. I to była moja pierwsza czwórka z tańca klasycznego w ciągu całej szkoły baletowej.

K.G: Czy pamiętasz jeszcze te kroki?

U.J: Oczywiście. Tańczyłam do muzyki Pink Floyd’ów „Atomowe serce matki”. I ja byłam właśnie tym atomem, który niszczy cały świat. To była bardzo charakterystyczna rola na pointach, których nie znosiłam, nigdy nie chciałam być tancerką klasyczną. A tu, powiedziałam sobie, że skoro mam zrobić solówkę, to na pointach. Matura miała być w kwietniu a mnie poblokowało kolana w styczniu. Nie byłam w stanie chodzić. I mój profesor wysłał mnie do rehabilitanta w operze narodowej, który miał mnie postawić na tyle na nogi, bym zdała dyplom, ale więcej miałam już nie zatańczyć na pointach. Już nie chciałam mu mówić, że to nawet dobrze.

K.G: Ile z tego „tanecznego” doświadczenia przenosisz na prowadzenie Fundacji?

U.J: Wszystko. Lubię bywać tam, gdzie inni mówią, że się nie da. I podejmować się wyzwań.

K.G: Z czym Ci się kojarzy liczba 176 tysięcy?

U.J: Kompletnie nie pamiętam.

K.G: 176 tysięcy białych ciałek krwi…

U.J: Och tak… ! Taką miałam morfologię przy wykryciu białaczki.

K.G: Czy to prawda, że te wyniki krwi ktoś wsuną pod drzwi Waszego domu?

U.J: Tak było. Mój mąż otworzył kopertę z wynikami morfologii i od razu zadzwonił do szkoły baletowej, w której prowadziłam studio baletowe Odwołałam zajęcia i pojechałam. Jak otworzyłam drzwi, zobaczyłam klęczącego Czesia, który przytulał córkę i płakał. Powiedział do mnie: jesteś śmiertelnie chora. To ja pierwsza powinnam się była o tym dowiedzieć. Zaczęłam szybko działać i już nie dałam w mordę temu, kto te wyniki tak dostarczył.

K.G: Dzisiaj, z perspektywy miejsca, w którym jesteś, czym dla Ciebie jest to doświadczenie białaczki?

U.J: To kolejna łatka do zbroi. I to myślę, że to cały napierśnik i kawałek tyłu. To było znowu robienie wszystkiego, aby jak najmniej angażować rodzinę, ochronić ich przed tym. Chociaż przy Czesiu nie specjalnie się dało. On, jak każdy towarzyszący osobie chorej chciał być aktywny, żeby nie zwariować. Oczywiście intensywnie też pomagał w zbieraniu pieniędzy na leczenie, zorganizował koncert w Teatrze Syrena. Wtedy to było dla mnie wkurzające, że w niczym nie mogłam mu pomóc. Zajmował się naszą siedmioletnią wtedy córką. Nie chciał też, by ktoś przyjeżdżał mu pomagać z rodziny, bo jak sam mówił więcej to wprowadzało w życie dezorganizacji niż jak sam się nią opiekował. To były trudne czasy. Czesio wtedy handlował butami. Z hurtowni rozwoził je do sklepów. Wracał późnymi wieczorami. Ola była wtedy sama w domu. Dla jej dobra kupiliśmy jej jamnika, żeby nie była całkiem sama. Nigdy nie było widać po Oli, że przez jakiś czas była dzieckiem bez matki.

K.G: Bałaś się śmierci?

U.J: Nie, bo wiedziałam, że nie umrę. Mój kalendarz był liczony w szpitalu od tyłu. Powiedziano mi, że spędzę tam sto dni, więc codziennie od setki skreślałam dzień po dniu. I jakbym została dłużej, to jak powiedział profesor, pogryzłabym chyba tam wszystkich łącznie z szybami. Wyszłam dokładnie setnego dnia. Rozmawiałam ze swoimi białymi ciałkami. Mówiłam im, żeby się nie wygłupiały. Przed przeszczepem byłam klasową „mdlaczką”. Kiedyś w szkole baletowej zorganizowano spotkanie z pielęgniarką, która opowiadała na temat ran. Zemdlałam od razu. I kiedy klasa wyczuła, że ja taka wrażliwa, to szczególnie przed klasówkami z matematyki mówili do mnie o ranie kłutej lub szarpanej i ja wtedy fik – mdlałam. Przyjeżdżało pogotowie i nie było klasówki. Jak widać życie weryfikuje niektóre nasze cechy. Przez trzy lata przed przeszczepem robiłam sobie domięśniowo zastrzyki raz dziennie. Po dwóch wizytach u pielęgniarki postanowiłam, że będę je robiła sama. I robiłam. Miałam zrosty na udach. Pamiętam jak robiłam choreografię dla zespołu Flotylla w Gdyni, nie wzięłam wtedy ze sobą małych igieł i musiałam zrobić zastrzyk „ósemkami”. Waliłam tymi igłami i słyszałam zgrzyt prosto w te zrosty. To były etapy solistki przechodzenia samej siebie. Mówiłam sobie, że jak nie zrobię tego czy tego, to nie wygram. I do tej pory tak mam.

K.G: Z Profesorem Hołowieckim oswajałaś przed przeszczepem to, co Cię czeka?

U.J: Nie. Profesor codziennie do mnie przychodził, siedział czasem godzinę lub dwie i gadaliśmy. Nie rozmawialiśmy o mojej chorobie, bo ją było widać.

K.G: A o czym?

U.J: O życiu, o moim zawodzie. Jak byłam już w stanie wstać, to zrobiłam sobie drążek przy łóżku i ćwiczyłam. A ponieważ jedna ściana pokoju była szklana, to wszyscy patrzyli jak ćwiczę. Profesor potem przyszedł do mnie i powiedział, że kazał sobie sprawić rowerek stacjonarny, bo to nie może tak być, żeby jego pacjentka ćwiczyła, a on nie. Potem się przyznał, że na kupnie się skończyło.

K.G: Dawcą szpiku dla Ciebie była kobieta z Holandii. Poznałaś ją?

U.J: Nie. Napisałam do niej list. Pierwszy poleciał razem z lekarzem po szpik.

K.G: Tu się kryje dobra historia, prawda?

U.J: Tak. Lekarz miał szczególnie ciekawą drogę powrotną ze szpikiem do kraju. Z powodu załamania pogody lot z Holandii do Warszawy się opóźnił. Lekarz miał dalej lecieć samolotem z Warszawy do Katowic, ale trzeba było zapytać pasażerów czy zgodzą się na to, aby poczekali z przelotem na niego, ponieważ transportuje szpik dla pacjentki. Pasażerowie zgodzili się. Ale była taka zawierucha, że samolot nie wylądował w Katowicach tylko w Krakowie, więc jeszcze karetką z Krakowa przewożono szpik do Katowic. Jak już ten lekarz dotarł na miejsce około pierwszej w nocy, był styrany i zmęczony. Pamiętam jak zeszła się cała ekipa i podawała sobie te trzy woreczki, jak je rozmrażali, jak chodzili koło mnie. A ja im wtedy powiedziałam, że ja już swoje zrobiłam, teraz wszystko w waszych rękach.

K.G: A jak usiadłaś do pisania listu do Holenderki, to jak to było?

U.J: Pomysł napisania listu podsunął mi profesor. Powiedział, że fajnie by było, gdybym do niej napisała. I pierwszy list był zwykłym podziękowaniem za to, że oddała szpik, że chciało jej się chcieć. Po trzech latach wysłałam do niej drugi list, bo wcześniej uważałam, że to nie ma sensu. Bo już Fundacja miała trzy lata i już się zaczęło dziać coś z rejestrem. To było takie podziękowanie i pokazanie jej, że nie zmarnowała tego szpiku, że dzięki niemu ja teraz robię coś dla innych, że to co robię jest też sposobem podziękowania za to co mi dała, że drugiego życia, które mi dała nie zmarnowałam. Myślę, że to mi też trochę przyświeca – aby nie zmarnować tego, co dał mi los.

K.G: Masz kilka perspektyw w sobie: pacjentki, matki chorego dziecka, żony chorego męża, córki chorej matki i ojca, który zmarł na raka mózgu. Jak one wszystkie w Tobie się układają?

U.J: Te perspektywy mają wspólne mianowniki. Odpowiem Ci nie wprost… Ten pokój, w którym rozmawiamy, jest pokojem zwierzeń i konfesjonałem. Tu przychodzą ludzie, pacjenci z całej Polski i się zwierzają. W tym pokoju zdobywałam swoje szczyty bycia solistką i bycia sobą. Kiedyś przyszedł do mnie biznesmen z zimnymi oczami. I powiedział, że zabezpieczył rodzinę i że może umierać. Próbowałam mu wytłumaczyć, że on jest potrzebny swojej rodzinie, a nie jego pieniądze. Okazało się, że nie zdecydował się na przeszczep. To dla mnie była ogromna porażka. Wyszedł ode mnie człowiek z oczami takimi, z jakimi przyszedł. Pozbawionymi nadziei. Po roku zadzwonił do mnie i powiedział, że zmienił zdanie. To był mój jeden z największych sukcesów „przejścia” przez człowieka. Inna historia: przyjeżdżały tutaj do mnie z Krasnego Stawu co miesiąc dwie kobiety, pielęgniarki. Córka jednej z nich, Karolina, była chora na białaczkę. Przyjeżdżały, żeby się naładować – porozmawiać. Cały czas mi mówiły, że udają przed Karoliną, że sobie radzą. I któregoś dnia przyjechała tyko jedna, mówiąc, że siostra siedzi cały czas przy córce, bo jest tak źle. Karolina zmarła dwa dni przed swoimi 18. urodzinami. Po dwóch tygodniach jej ciocia zadzwoniła i opowiadała, że znalazła z siostrą list od Karoliny. Przeczytały w nim, że ona bardzo się bała zostawić mamę i ciotkę same. Ryczałyśmy obie. Wtedy to był prysznic lodowatej wody dla mnie, że nie wolno udawać ani przed samym sobą, ani rodziną, że daje się radę. By nie powstawały takie listy. Tego uczyliśmy się przy chorobie Czesia, choć on był bardzo zamknięty i wielu rzeczy musiałam się domyślać. Pamiętam też jak moja mama towarzyszyłam mojemu tacie, kiedy odchodził. Była później wrakiem człowieka, ale też nie pozwalała sobie pomóc. Oni chcieli być w tym sami. I to też była dla mnie nauka.

K.G: Z którego projektu Fundacji jesteś najbardziej dumna?

U.J: Mam nadzieję, że do wakacji będzie gotowy projekt Koordynowanej Opieki w SM. I od wakacji ruszymy. Chcemy ruszyć jak najszybciej, bo projekt pilotażowy skończy się przed 2021 roku. Czas goni. No i druga rzecz to, że udało się doprowadzić ustawę dotyczącą dawców szpiku. To jeden z niewielu projektów, który działa bez poprawek przez wiele lat i przynosi korzyści, nie ma kolejek, pacjent nie musi czekać, wszystko jest w pełni finansowane, więc za nic nie musi płacić. To jest rzecz, która z perspektywy lat bardzo dobrze działa. I to jest nasza baza do tego, co robimy w innych projektach.

K.G: Jakie obszary widzisz przed sobą, jako prezes Fundacji, za które trzeba się natychmiast wziąć?

U.J: Na pewno trzeba się wziąć za jakość w opiece zdrowotnej, jak z resztą w każdej dziedzinie, bo jak mówiłam jakość musi być, żeby widz kupił bilet. I być w tym miejscu, żeby finansowanie uzależnione było od jakości. Żeby nie było tak, że idziemy do kiepskiego szpitala, który jest tak samo finansowany jak dobry. By wreszcie systemy i wszystko co dzieje się wokół nas zostało zinformatyzowane, żeby lekarze nie musieli ślęczeć nad papierami i wypełniać dokumentacji medycznej, żeby też chcieli się nauczyć nowych rzeczy. Bo z tego co wiemy, wdrażanie nowych systemów, nowych rzeczy dziejących się szczególnie w systemach informatycznych, napotyka na duży opór ze strony personelu, który znowu musi się czegoś uczyć. No ale bez tego nikt nie pójdzie do przodu.

K.G: Czy masz konkretne plany jak podnieść jakość w ochronie zdrowia?

U.J.: Mam. Mam nadzieję, że znowu zacznie się procedowanie ustawy o jakości, która przeleżała w szufladzie. Jeśli ona zostanie wdrożona i będzie skorelowana z ustawami o e-dokumentacji, rejestrach i dokumentacji medycznej, to wyjdzie. Tylko trzeba pomóc ministerstwu zdrowia w zrozumieniu i otwarciu drzwi do wszystkich tych trzech departamentów, żeby siebie nawzajem zobaczyły. Bo jakość, rejestry medyczne, dokumentacja medyczna to są rzeczy nierozłączne, wiążą się ze sobą.

K.G: Jak siebie widzisz za 10 lat?

U.J: Mam nadzieję, że będę na emeryturze. Żartuję! Na pewno chciałabym być osobą aktywną i samodzielną. Nie chciałabym być uzależniona od nikogo. Jeśli się tak stanie, to nie chciałabym aby ciężar opieki nade mną spoczywał na mojej córce.

K.G: Jak trafisz do domu starców, to ja już widzę, jak ich tam wszystkich będziesz uczyć tańca.

U.J: Oj tak. I ładnego chodzenia. To ważne, żeby chodzić dumnym i wyprostowanym.

K.G: Czy myślisz, że organizacje pacjenckie potrafią dumnym krokiem tancerza chodzić po podwórku ochrony zdrowia?

U.J: Niestety, nie zawsze. Z niektórymi ludźmi, z którymi mogę szczerze rozmawiać, to rozmawiam, mówię im, że tak czy tak nie wolno robić. Innym, nawet jak powiem prawdę dla ich dobra, to wiem, że zrobię sobie z nich wrogów. Ja lubię, jak ktoś mi wali prawdą jak piaskiem po oczach.

K.G: Ale niektórzy boją się kontaktu z Tobą…

U.J: Tak. I to jest mój problem. Bo czasami chce kontaktu, żebrzę o niego, a ludzie się tego boją. Ale chyba mi z tym dobrze. Trudno. Mam ten zmysł, że widzę pod kątem 190 stopni, jak np. ludzie mnie obgadują. Zawód mnie też nauczył tego, że jak pracujesz w zespole to musisz mieć oczy wokół głowy i widzę po reakcjach ludzi, że dużo na mój temat gadają. Ale to mi nie przeszkadza, choć wolę, aby odważyli się i powiedzieli mi co o mnie sądzą.

K.G: Co byś z tego miała?

U.J: Kolejne płytki do zbroi, bo uczyłabym się samej siebie. Bo kto cię lepiej nauczy jak nie wrogowie?

K.G: Jaki kształt ma Twoja zbroja, męski czy żeński?

U.J: Męski, ale od środka jestem kobietą. Jestem silnym charakterem po moim ojcu, ale tak naprawdę bardzo wrażliwym człowiekiem, którego przenika ta zbroja. Ona we wszystkie strony oddycha i żyje razem ze mną. To, że jestem silna na zewnątrz wcale nie powoduje, że się od środka nie rozsypuję. To jak ze szkłem hartowanym, jak ktoś już mnie pieprznie, to rozwali na kawałki. Nie chciałabym takiego momentu doczekać. Po śmierci Czesia pytałyśmy się siebie z Olą co miało by nas jeszcze spotkać, abyśmy się rozsypały? Oby nigdy niczego takiego nie było.

Zdjęcia: Tomasz Kobosz, zdjęcia archiwalne: archiwum prywatne Urszuli Jaworskiej

PDF

Zobacz także