Afera w „Bizielu”: Etyka za zamkniętymi drzwiami

Fot. Getty Images/iStockphoto
Podzielone środowisko, niepewna przyszłość, nadszarpnięte ideały. Czy było warto? - pytamy przewodniczącego OT OZZL Bartosza Fiałka.
Edyta Hetmanowska 2019-02-26 07:20

„Wynoś się człowieku stąd. A ja zastanowię się, jak Cię zwolnić!” - tak mówi lekarz do lekarza, przełożony do podwładnego, pracodawca do przewodniczącego Organizacji Związkowej. Od czego zaczął się ten konflikt?

Dowiedziałem się, że szef oraz wiceszef SOR-u mają zamiar zwolnić się z powodu złej organizacji pracy. Jako przewodniczący terenowego oddziału ogólnopolskiego związku zawodowego lekarzy poprosiłem pracodawcę o spotkanie trójstronne z przedstawicielami zarządu szpitala, związku zawodowego oraz klinik świadczących usługi medyczne w SOR. Spotkanie odbyło się, ale tylko z udziałem dyrektora, z którym obecnie trwa spór, rezydentów i strony związkowej. Pan dyrektor przedstawił zarządzenie powstałe po spotkaniu z ordynatorami, według którego mieliśmy pracować. Szczegóły mogliśmy sprawdzić sobie na stronie internetowej szpitala. Według prawników związkowych zarządzenie nie było zgodne z porządkiem prawnym. Podjąłem się więc tego, by je usunąć, ponieważ stanowiło zagrożenie dla pacjentów i lekarzy. Powodowało, że lekarze mieli pracować w dwóch miejscach jednocześnie. Czyli mieli świadczyć usługi w swoim oddziale macierzystym i w SOR, co jest niemożliwością. To bardzo niebezpieczna sytuacja i dla lekarza biorącego odpowiedzialność za to co robi, i dla pacjenta. Otrzymałem jeszcze do wiadomości skargę lekarzy z kliniki neurologii skierowaną do dyrektor szpitala, co utwierdziło mnie, że faktycznie źle się dzieje. Prócz tego docierało do mnie wiele skarg nieformalnych.

Co było dalej?

Napisałem jako związkowiec kolejny list z prośbą o wyjaśnienie podstaw prawnych dla wydanego zarządzenia. Otrzymałem odpowiedź, która nie była merytoryczna i brakowało w niej odniesienia do zadanego przeze mnie pytanie. Uznałem, że dyrekcja nie ma woli prowadzenia ze mną dialogu i podjąłem kolejny krok – napisałem do Bydgoskiej Izby Lekarskiej, która jako samorząd również stoi na straży wykonywania zawodu lekarza w Polsce. BIL odpisała, że nie ma kompetencji wobec tego zarządzenia, ale zasugerowała, by zgłosić problem do wyższych instytucji (m. in. ministra zdrowia i NFZ). 5 stycznia br. napisałem cztery listy, w których prosiłem wyższe instytucje państwowe o ich interwencję i ocenę zgodności tego zarządzenia z obowiązującymi regułami. Do Państwowej Inspekcji Pracy napisałem, korzystając z prawa zapisanego w ustawie o związkach zawodowych (art. 26 pkt 4), co dyrekcja uważała za niepoważne, natomiast jest to działanie standardowe. Następne trzy listy wysłałem do NFZ, Urzędu Wojewódzkiego (jako pośrednika prowadzącego szkolenie specjalizacyjne) i ministra zdrowia jako nadrzędny urząd prowadzący nasze specjalizacje w ramach rezydentury.

Ktoś odpowiedział na Pana listy?

Pierwsza odpowiedziała PIP, informując pracodawcę o tym, że odbędzie się kontrola Okręgowego Inspektoratu PIP w Bydgoszczy. Pracodawca wiedząc, że zgłoszenie do PIP wyszło od związku zawodowego, a ja go reprezentuję, postanowił mnie wezwać. Wezwanie było na cito, więc nie mogłem wziąć ze sobą żadnego świadka, tak jak to zwykle robiłem. Przez wzgląd na to, jak wyglądały poprzednie rozmowy z panem dyrektorem, które nigdy nie były miłe, obawiając się o jej przebieg, podjąłem decyzję, żeby ją nagrać. Nie jestem dumny z tego ruchu. Miałem z tego powodu wyrzuty sumienia, było mi głupio, że to robię, ale nie miałem wyjścia. To mogła być i jak się okazało jest jedyna broń.

Ale nie tylko Pan nagrywał?

Okazało się, że niepotrzebnie się denerwowałem, bo po dwóch dniach kolejną naszą rozmowę nagrał pan dyrektor. Ja nie poinformowałem pana dyrektora o tym, że nagrywam. On również mnie o tym nie poinformował, kiedy nagrywał.

Dyrektor twierdzi, że Pana przeprosił i że sprawa jest rozwiązana. Czy Pan czuje się przeproszony?

Nie. W żadnym wypadku. Przede wszystkim nie o to wnioskowałem. Wnioskowaliśmy z pełnomocnikiem o to, aby pan dyrektor pisemnie wycofał się z gróźb i bezpodstawnych zarzutów wobec mnie. Nikt nie wnioskował o przeprosiny. Chciałem mieć gwarancję, że w momencie kiedy ta sprawa ucichnie, to pan dyrektor nie będzie miał wolnej ręki, aby móc zrealizować swoje groźby. Z ustnych rzeczy zawsze można się wycofać. Dlatego chciałem mieć na piśmie wycofanie się z gróźb np. zwolnienia z pracy, albo że dezorganizacja pracy szpitala była przeze mnie. I mieliśmy rację. Już teraz ponoszę srogie konsekwencje moich działań, ponieważ z dnia na dzień zostałem odsunięty od pełnienia dyżurów w SOR. Pomimo,że jeszcze 2 dni wcześniej widniałem w grafiku jako lekarz pełniący 3 dyżury w marcu. Tracę ok. 50% moich dochodów. Dowiaduję się o tym 4 dni przed rozpoczęciem nowego miesiące, w momencie, gdy większość grafików jest już ułożonych.

Pisemnego zapewnienia Pan nie dostał?

Nie. Dlatego podjąłem kroki formalnoprawne. Od razu po nagraniu skontaktowałem się z Zarządem Krajowym Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Lekarzy i kancelarią z nami współpracującą. Otrzymałem pełnomocnika, który będzie mnie reprezentował jako osoba prawna w tym sporze. Z OZZL i kancelarii p. dyrektor otrzymał dwa listy z żądaniem wycofania się z gróźb. Czas na to miał od 22 do 25 stycznia br. Ale nie zrobił tego, więc podejmuję dalsze działania formalnoprawne. Najpierw zgłosiłem sprawę do okręgowego rzecznika odpowiedzialności zawodowej i komisji ochrony lekarza i lekarza dentysty, ponieważ p. dyrektor jest też lekarzem. Więc tutaj może dochodzić do przewinienia zawodowego z art. 53 ust. 2 i 3 Kodeksu Etyki Lekarskiej, który reguluje to jak lekarz względem lekarza oraz pełniący funkcje kierownicze względem lekarza podwładnego powinien się zachowywać. U rzecznika zeznawałem dwa dni temu, było to spotkanie profesjonalne, merytoryczne, miałem możliwość złożenia obszernego materiału dowodowego.

Ile ma Pan lat?

31.

Czy Pan się boi tego, co będzie za miesiąc, kiedy sprawa ucichnie? Że zostanie Pan zwolniony? Że w innym szpitalu nie będą Pana chcieli zatrudnić, bo nie jest Pan pokornym pracownikiem?

Mam tego świadomość. Tak, wzbudza to we mnie strach. Ale są pewne ideały, a ja je posiadam, dlatego nie kieruję się strachem tylko prawdą i tym, że zostałem wybrany na przewodniczącego i chce realizować moje cele. Ludzie mi zawierzyli, wybrali mnie i czuję moralną powinność, żeby iść po prawdę, a nie pozwalać, by ludzie pracowali w niegodnych warunkach. I jestem przede wszystkim lekarzem, więc mam obowiązek, by ratować pacjentów, a nie doprowadzać i pozwalać na to, by warunki pracy były tak skonstruowane, że szkodzą pacjentom. Dla mnie przede wszystkim ważny jest pacjent, bo po to zostałem lekarzem. Ważni są też lekarze, ponieważ to oni mnie wybrali, bym bronił ich w sprawach z pracodawcą, sprawach pracowniczych.

Dla Pana ważni są ludzie. A jak zachowali się Pańscy koledzy, lekarze, samorząd lekarski czy OZZL? Czy dostał Pan od nich wsparcie?

Od OZZL otrzymałem wsparcie większe niż oczekiwałem. Uważam, że to jedyna organizacja, która realnie może obronić lekarza. To dzięki OZZL w Bydgoszczy pojawiły się bilbordy, które rozpowszechniły tę sprawę.

A samorząd? Jako lekarz płaci Pan składki i ma prawo oczekiwać pomocy...

Od samorządu lekarskiego nie otrzymałem wsparcia, jakiego bym oczekiwał. Jestem też przewodniczącym komisji młodego lekarza, która działa przy izbie lekarskiej, więc byłem na okręgowej radzie lekarskiej, miałem możliwość wypowiedzenia się, oczywiście nie taką, jaką chciałem. Natomiast jeśli chodzi o okręgową radę lekarską, były tam również osoby mnie wspierające. W gazecie wydawanej przez IL pojawił się artykuł, który nie za wiele wnosi do sprawy. Nie staje po stronie ofiary, nie piętnuje oprawcy. W mojej ocenie jest on zbyt miękki. Reakcja OZZL od razu adekwatna, a apel - wymijający.

A koledzy ze szpitala?

Jest pismo rady ordynatorów. Ale ciężko mi się na jego temat wypowiadać, bo jest ono dla mnie przykre, gdyż osoby, z którymi byłem blisko związany emocjonalnie, są pod nim podpisane. Jeżeli chodzi o kolegów, którzy są rezydentami, to nie mam do nich żalu i poniekąd ich rozumiem. Oni po prostu się boją i nie kieruje nimi merytoryka tylko strach. Jest też duża lista osób bo trochę ponad 20, które podpisały listę poparcia dla mnie. Nie mogę zatem powiedzieć, że w ogóle nie mam wsparcia.

Czy spodziewał się Pan, że tak może wyglądać praca młodego lekarza, że przełożony tak może zwracać się zwracać do pracowników?

Jeżeli mam być szczery, to nie mam w rodzinie żadnego lekarza i nie miałem świadomości jak w ogóle będzie wyglądać praca lekarza. Rodzice doradzali mi kierunek matematyczno-fizyczny. Ja jednak poszedłem na medycynę, bo dla mnie ideą było niesienie pomocy ludziom. Nie miałem pojęcia o pracy lekarza, bo nigdy nie miałem styczności z tym środowiskiem. Dlatego była dla mnie zaskoczeniem. A zachowanie przełożonego, który był na dodatek przewodniczącym rady miasta, było niewyobrażalne, prócz tego że nieakceptowalne. Nawet gdybym się bardzo zdenerwował, nie odezwałbym się do człowieka tak, by mu grozić. To człowiek, który mógłby zniszczyć mi życie, będąc prominentnym politykiem i dyrektorem. Pewnie gdybym nie był w związkach zawodowych, to zniszczyłby mi życie. Nie wyobrażam sobie, żeby z pozycji władzy tak traktować ludzi. Na nagraniu słychać, że pan dyrektor nie zdenerwował się, lecz od początku do końca wiedział doskonale co ma powiedzieć, mówił spójnie i bez emocji.

Czy teraz nie żałuje Pan, że nie posłuchał Pan rodziców i nie wybrał matematyki zamiast medycyny?

Nie wyobrażam sobie nie być lekarzem. Jeśli nie będę miał tu takiej możliwości, to po prostu wyjadę z tego kraju. Będę lekarzem, bo to moje marzenie. Super mi się pracuje. Nawet teraz. Generalnie nie mam żadnego problemu, jeżeli chodzi o pracę, przyjmuję pacjentów, oni mi dziękują, że o nich walczę. Poza szpitalem mam ogromne wsparcie. Piszą do mnie moi pacjenci. Ludzie z Polski komentują to, co się dzieje. Niektórzy gratulują odwagi. To dla mnie ogromne wsparcie. To jest cudowne. Mam nikłe poparcie w swoim miejscu pracy, ale jak to się mówi: nigdy nie będziesz prorokiem we własnym kraju. To nie wpłynie na moją wizję i chęć wykonywania zawodu lekarza. Wprawdzie lekarzy reumatologów w kraju brak, ale jeśli tu mnie nie będą chcieli, to wyjadę za granicę. Nie chciałbym wyjeżdżać, ale jeśli nie miałbym tu możliwości kontynuowania kariery, to po prostu będę musiał wsiąść w samolot i z pocałowaniem ręki przyjmie mnie inny kraj, w którym warunki pracy i płacy są odmienne od naszych. Mnie nie chodzi tylko o pieniądze, bo sytuacja, która się toczy dotyczy tylko i wyłącznie warunków pracy, by były bezpieczne dla pacjentów i lekarzy. Przez to dostało mi się bardziej niż podczas negocjacji w sprawie podwyżek dla rezydentów i specjalistów. To zastanawiające...

PDF

Zobacz także