Kiedyś tak wyglądała „normalność”

W latach 80. czy 90. wkładanie ręki nie tam, gdzie powinna być, było dopuszczalne. Teraz jest karygodne. O zmianach w podejściu lekarzy do molestowania seksualnego mówi Naczelny Rzecznik Odpowiedzialności Zawodowej Grzegorz Wrona.
Krzysztof Boczek 2018-12-16 23:23

K.B.: Jak długo Pan sprawuje tę funkcję?

Grzegorz Wrona: Od 4 lat, a w organach odpowiedzialności zawodowej funkcjonuję już od 2001 r. Mogę więc spojrzeć na molestowanie seksualne w środowisku,w ujęciu historycznym. W ciągu tych 17 lat można zaobserwować zmiany: w mentalności, odczuciu, ocenach.

K.B.: To ile przypadków molestowania Pan poznał przez ten czas?

G.W.: Takich case’ów trochę mamy. Niestety. W 2 przypadkach, które prowadziłem jako oskarżyciel przed sądem okręgowym i Naczelnym Sądem Lekarskim, w wyrokach prawomocnych stwierdzono niedopuszczalne zachowania lekarzy. Przykro mi dzielić się informacją o zachowaniach, do których nie powinno dojść. W jednej lekarz wykorzystał swoje uprawnienia, nadrzędność w stosunku do matki dziecka, które leczył. W drugiej sytuacji – szef oddziału, nauczyciel, mistrz – wykorzystał swoją pozycję, w stosunku do podległych sobie koleżanek lekarek, znacznie młodszych.

K.B.: Antoni W. z Lublina?

G.W.: Tak. Trzeba o tych przypadkach dyskutować i pokazywać, że społeczne, środowiskowe oceny pewnych sytuacji podlegają zmianie. Pracuję w służbie zdrowia od 40 lat i w latach 80. i 90. naganne z dzisiejszego punktu widzenia zachowania były normalnością.

K.B.: Jakie?

G.W.: Familiarnego zwracania się do swoich podwładnych, wyciągnięcia ręki tam, gdzie nie powinna być. Wówczas były uważane za dopuszczalne, normalne, a wręcz nawet świadczyły o pożądanym kontakcie. A dzisiaj społeczeństwo patrzy na to inaczej. W tych ww. 2 przypadkach koledzy najwyraźniej nie zauważyli tych zmian. Ocena tych zdarzeń jest obecnie bardzo krytyczna i niesie ze sobą bardzo duże dolegliwości zawodowe. Mógłbym przytoczyć jeszcze kilka przypadków, ale nie zrobię tego, bo zwykłem dzielić się spostrzeżeniami dopiero, gdy ocena jakichś wydarzeń zostanie prawomocnie zakończona.

K.B.: Czyli są to sprawy toczące się?

G.W.: Mamy kilka przypadków na różnych etapach postępowania. Ale z ujawnianiem tych informacji poczekam do prawomocnego orzeczenia sądu lekarskiego. Co prawda przysługuje prawo kasacji do Sądu Najwyższego, ale sąd lekarski już się właściwie nie myli.

K.B.: Co to znaczy?

G.W.: Tego rodzaju sprawy są szczególnie dokładnie oceniane i raczej nie należy się spodziewać, że zostaną inaczej ocenione (w wyższej instancji – red.).

K.B.: Na świecie od 30 do 50 proc. pracownic personelu medycznego przyznaje, że padła ofiarą molestowania seksualnego w pracy. W USA naukowcy zbadali, jak to wpływa na wydajność takich pracowników – ofiar. A w Polsce nie znalazłem nawet jednych badań. Jak Pan sądzi, dlaczego tak jest?

G.W.: Bada się te zjawiska, które są oparte na odpowiednio dużej liczbie wystąpień. A kiedy mamy do czynienia z incydentami, to ich się nie bada.

WARTO PRZECZYTAĆ

Szpitalne #MeToo

K.B.: Czyli Pana zdaniem to rzadkie zjawisko w Polsce?

G.W.: Tak. Ostatnio – dzięki rejestrom IMI – możemy obserwować informacje o ograniczeniach, pozbawieniach prawa wykonywania zawodu lekarzy, które orzekają sądy lekarskie w 28 państwach UE. Temat molestowania seksualnego nie pojawia się tam masowo, czy nawet często.

K.B.: Ale Pan mówi tylko o sprawach, w których sprawcami byli lekarze. Ja zaś, wspominając 30–50 proc. żeńskiego personelu medycznego, mam na myśli przede wszystkim pielęgniarki, lekarki, ale także inne pracownice służby zdrowia. A sprawcami molestowań często bywają pacjenci, mogą też nimi być przedstawiciele innych zawodów medycznych niż lekarski. Tych sytuacji sądy lekarskie nie obejmują.

G.W.: No tak. Ja wyłącznie odnoszę się do przewinień lekarskich. Udzielamy wsparcia lekarzom ofiarom – to nie jest wcale takie rzadkie zjawisko. Informujemy też o tych przypadkach prokuraturę.

K.B.: Rozmawiałem z dwiema lekarkami z warszawskiego szpitala. Jedna była, a druga jest molestowana przez szefa – znanego, wpływowego lekarza. Zaprasza ją do gabinetu i tam obmacuje. Ta kobieta boi się o tym powiedzieć głośno, bo uważa, iż nie ukończyłaby specjalizacji i nie znalazła potem pracy. Co powinna zrobić?

G.W.: Próba interwencji bez zebrania dowodów jest z góry skazana na niepowodzenie. Rozpoczęcie postępowania musi być oparte na dowodach. Ja zaprosiłbym koleżankę do okręgowego rzecznika odpowiedzialności zawodowej i obiecał jej, że sprawa nie będzie zamiatana pod dywan. Bez względu na to, kto nadużywa swojego stanowiska. A może nawet szczególnie w sytuacji, kiedy osoba nadużywająca stanowiska jest powszechnie i publicznie znana. Do czasu zakończenia takiego postępowania ta koleżanka może mieć pewność, że te informacje nie wyjdą na światło dzienne. I to, że takie postępowanie się toczy, nie utrudni jej kariery. Ale stosujemy też twardą zasadę: dopóki wina nie zostanie dowiedziona, każdy jest niewinny. Bo chociaż z jednej strony tego typu zachowania mężczyzn mających władzę są niedopuszczalne, to mam świadomość, że szczególnie osoby władzę mające mogą być poddawane różnego rodzaju prowokacjom.

Źródło: „Służba Zdrowia” 12/2018

PDF

Zobacz także