Krzysztof Kopeć:

Lek produkowany w kraju niesie dodatkową wartość

Medexpress

Opublikowano 21 czerwca 2019, 20:00

Medexpress

Opublikowano 21 czerwca 2019, 20:00

Czy fakt, że firma inwestuje i produkuje leki w Polsce jest brany pod uwagę przez Komisję Ekonomiczną przy negocjacjach?

K.K.: Powinno być brane, ale nie jest.

Ale w ustawie refundacyjnej są odpowiednie zapisy, żeby to uwzględniać?

K.K.: Tak. Jest mechanizm w ustawie refundacyjnej, który mówi, że należy przy negocjowaniu cen leków refundowanych brać pod uwagę działalność rozwojową i inwestycyjną na terenie Polski i Europejskiego Obszaru Gospodarczego obejmującego nie tylko UE, ale także Norwegię i Szwajcarię. Przy ustalaniu ceny każdego leku powinno się uwzględniać te kwestie, zwłaszcza to, czy firma inwestuje w Polsce i w Europie.

Zatem istnieje podstawa prawna i KE nie musi czekać na RTR?

K.K.: Tak, nie musimy czekać na RTR. Możemy realizować to, co jest zapisane w ustawie. Być może potrzebne są wytyczne, o które my zabiegamy, czyli tzw. proteza RTR. Chodzi o to, aby Ministerstwo Przedsiębiorczości i Technologii przekazało Ministerstwu Zdrowia listę firm farmaceutycznych, które inwestują w naszym kraju i Europie.

Nie jest tajemnicą, że obecna polityka MZ polega na obniżaniu cen leków. Czy krajowi producenci leków są w stanie sprostać takim oczekiwaniom MZ?

K.K.: Przedsiębiorca musi zachowywać się racjonalnie, czyli tak prowadzić swój biznes, aby nie zbankrutować. Problem polega na tym, że nie chodzi tylko to, aby przetrwać na rynku, ale trzeba też inwestować. Ta branża wymaga ciągłych inwestycji, bo nieustanie rozwija się medycyna. Poza tym rynek jest bardzo konkurencyjny. Jeśli ktoś oczekuje od nas „chińskiej” ceny, to możemy sprowadzić leki z Azji, bo koszty produkcji w Europie są znacznie wyższe. Tylko, że wtedy uzależniamy się całkowicie od pozaeuropejskich dostawców.

Presja na ceny jest ciągła. Czy może ona wyeliminować z list refundacyjnych leki produkowane w Polsce?

K.K.: Byłby to najczarniejszy scenariusz. Oznaczałby bowiem zmarnowanie potencjału, który posiadamy. Przemysł zlokalizowany w kraju gwarantuje nie tylko ciągłość dostaw leków, ale i rozwój gospodarczy. Przeprowadziliśmy badania opinii publicznej i okazało się, że większość Polaków mając do wyboru lek krajowy i tańszy od niego azjatycki, jest w stanie zapłacić więcej za ten wyprodukowany w Polsce. Poza tym dziś nawet w Chinach przestaje się opłacać produkować tanio. Chińczycy zmienili prawo i bardziej restrykcyjnie zaczęli podchodzić do ochrony środowiska. Dlatego zamknięto część fabryk. W efekcie podrożały substancje czynne do produkcji leków, które powstają głównie w Państwie Środka. Przez to w Europie zaczyna brakować leków. Ta sytuacja może odbić się na pacjentach. Dlatego tak ważna staje się produkcja zarówno substancji czynnych, jak i leków w Polsce i Europie.

W projekcie najnowszej listy refundacyjnej nie znalazł się produkowany w Warszawie lek na cukrzycę – Diaprel MR 60 mg, który do tej pory był refundowany. Jakie to może mieć dla pacjentów konsekwencje?

K.K.: To doskonały przykład. Z jednej strony jest ogromna presja ze trony resortu zdrowia, żeby dostarczać leki w cenach azjatyckich, choć sami Chińczycy przestają takie oferować. Z drugiej strony, chcemy zachęcać firmy, aby inwestowały i uruchamiały produkcję w Polsce. Mamy dostawcę Diaprelu, który produkuje go pod Warszawą, a substancją sprowadza z Europy. Nie ma więc możliwości, aby producent dostarczał go w cenie równej produktom z Azji, bo inne są u nas zarobki, koszty wytwarzania, wymogi ochrony środowiska. Ale ten wytwórca jest na miejscu i gwarantuje ciągłość dostaw. Dobrze, że jest konkurencja z Chin, bo warto dywersyfikować dostawy, ale pamiętajmy, że lek produkowany w kraju niesie dodatkową wartość. Są to miejsca pracy, poprawa bilansu handlu zagranicznego, wzrost PKB i wpływy z podatków. To rekompensuje jego nieco wyższą cenę.

Mówimy o tym, że leki produkowane w Chinach czy Indiach są dużo tańsze. Jakie konsekwencje długofalowe będzie miała obecna polityka MZ?

K.K.: Konsekwencje są nie tylko długofalowe. One już są odczuwalne. Problemy z dostawami substancji czynnych z Chin już skutkują brakiem leków w aptekach. W długofalowej perspektywie uzależnienie od dostaw z Azji zagroziłoby bezpieczeństwu zdrowotnemu kraju. Tymczasem jeśli lek jest produkowany pod Warszawą i zabezpiecza około dwustu tysięcy pacjentów, to oni mogą czuć się bezpieczni. Poza tym mamy zyski pośrednie. Ktoś kto produkuje w Polsce tu zatrudnia, zwiększa eksport i wzrost gospodarczy Polski. Akurat Servier, ale też inne firmy członkowskie PZPPF przyczyniają się do rozwoju naszej gospodarki. A wzrost gospodarczy to wyższe PKB, co z kolei przekłada się na zwiększenie nakładów na opiekę zdrowotną.

Czy i na jakim poziomie firmy produkujące leki w Polsce są w stanie konkurować z cenami producentów z Dalekiego Wschodu?

K.K.: Nie są w stanie. Koszty produkcji w Europie są znacznie wyższe. Firmy muszą płacić swoim pracownikom stawki europejskie. Kierowanie się jednak przy wyborze leków tylko ceną jest polityką krótkowzroczną. Trzeba zabezpieczyć suwerenność lekową kraju gwarantującą bezpieczeństwo pacjentów. Poza tym, zgodnie ze strategią naszego rządu, chcemy stymulować rozwój rodzimych producentów i zachęcać firmy zagraniczne do inwestowania w Polsce. Dlatego taka firma, jak Servier, która zdecydowała się zbudować u nas fabrykę i produkować leki, powinna być traktowana przy negocjacjach cen inaczej niż dostawca, dla którego Polska jest tylko rynkiem zbytu. W przeciwnym razie jest to jasny sygnał dla innych potencjalnych inwestorów, że powinni poszukać bardziej przyjaznego miejsca. Poza tym nie można 200 tys. Polakom zabrać przyjmowany dotychczas lek i w czasie wakacji, kiedy dostęp do lekarzy jest utrudniony, kazać zmieniać go na inny.

Pobierz ten artykuł w formacie .pdf

Tematy

firmy farmaceutyczne / ceny leków / negocjacje / przemysł farmaceutyczny / Servier Polska / RTR / Krzysztof Kopeć / Diaprel
PN WT ŚR CZ PT SO ND
1
2
3
4
5
6
7
8
9
10
11
12
13
14
15
16
17
18
19
20
21
22
23
24
25
26
27
28
29
30
31