Robert T. Morris

Na ostrzu skalpela. 50 lat z życia chirurga

Medexpress

Opublikowano 23 wrzesnia 2019, 13:35

Medexpress

Opublikowano 23 wrzesnia 2019, 13:35

Książka Roberta T. Morrisa daje nam doskonały wgląd w to, jakie warunki panowały w szpitalach jeszcze sto lat temu, jak na przestrzeni wieków rozwijała się medycyna i jak ważną rolę odgrywały wnioski wyciągane po każdej przeprowadzonej operacji, zwłaszcza nieudanej. „Na ostrzu skalpela. 50 lat z życia chirurga” to obraz życia i śmierci na stołach operacyjnych na przełomie XIX i XX wieku.

(…)Mimo że w 1882 nie było w Bellevue więcej niż cztery czy pięć zgonów dziennie, wynosiło to w przeciągu roku do tysiąca pięciuset zejść śmiertelnych, nastręczając nam obficie materiału do badań pośmiertnych. Mogliśmy przerabiać na trupach wszelkie trudniejsze operacje, zanim przystępowaliśmy do wypróbowania ich na żywych pacjentach. Wątpię, czy jakikolwiek chirurg może zdać sobie sprawę jak dalece jest to ważne, o ile nie miał możności korzystać z podobnej okazji, będącej niewątpliwie udziałem większości mistrzów(…)

Robert T. Morris – amerykański chirurg i pisarz. Urodził się w 1857 w Connecticut, zmarł w 1945 w Stamford. Był wczesnym pionierem niektórych technik chirurgicznych niezbędnych do transplantacji, a jego pomysły są jednymi z podstawowych filarów nowoczesnej chirurgii rekonstrukcyjnej i medycyny regeneracyjnej.

Robert T. Morris po ukończeniu studiów podjął pracę w szpitalu Bellevue, który pod koniec XIX wieku był największym szpitalem ogólnym w kraju, a następnie otworzył własną praktykę. Morris nie bał się badać i doświadczać tego, co niezbadane, dzięki czemu mocno przyczynił się do rozwoju medycyny, zwłaszcza chirurgii. W swoich wspomnieniach ukazuje kulisy zwodu chirurga w czasach, gdy proste operacje trwały godzinami i często z błahych powodów kończyły się zgonem pacjenta. Zabiegi chirurgiczne nierzadko przeprowadzano w domach pacjentów, gdzie bliscy operowanego uczestniczyli w zabiegach. Były to czasy, gdy na myśl o pójściu do szpitala, pacjent miał przed oczami własną śmierć. Nic dziwnego, skoro tak zwana śmiertelność chirurgiczna w tamtych czasach wynosiła nawet 79%! Do narkozy służył eter, a cięcia były tak głębokie i obszerne, że wielu pacjentów wykrwawiało się podczas zabiegów na śmierć.

Autor dokładnie opisuje warunki panujące w szpitalach, zanim antyseptyka stała się w świecie chirurgii konieczną rutyną. Przedstawia walkę z szarlatanerią, która zarówno pod koniec XIX, jak i na początku XX wieku kwitła – przez co wielu pacjentów traciło życie, gdyż zamiast do specjalisty, trafiali do oszustów nie mających nic wspólnego z medycyną.

Robert T. Morris sprzeciwiał się niewłaściwym metodom leczenia, opracowywał swoje, zmniejszając ryzyko zgonów podczas operacji i wprowadzając nowatorskie metody przeprowadzania operacji chirurgicznych. Jego wspomnienia to doskonały wgląd w to, jak na przestrzeni wieków rozwijała się medycyna i jak ważną rolę w tym odgrywały wnioski wyciągane po każdej przeprowadzonej operacji. Tej udanej lub nie.

Rozdział IV

NARODZINY ANTYSEPTYKI

W dobie objęcia przeze mnie stanowiska miejscowego lekarza w szpitalu Bellevue nasza sala operacyjna była podobna do większości sal operacyjnych w innych ówczesnych wielkich szpitalach ogólnych. Urządzenie jej składało się ze zwyczajnego drewnianego stołu do trzymania na nim narzędzi, szarpi czy pakuł do opatrunków, bandaży z niebielonego muślinu (nie posiadaliśmy higroskopijnej gazy ani waty) oraz dużej miski z wodą z kranu. Czasem znajdował się tu również sproszkowany gips, łubki i inne przyrządy potrzebne do unieruchomiania. W misce z wodą umieszczonych było parę gąbek morskich, uczono nas też trzymać je w takiej czystości, aby żadne ziarenko piasku czy kruszynka skorupki muszlowej nie mogła dostać się do rany, „ponieważ takie rzeczy są drażniące!”. Gąbki były wyciskane w przebiegu operacji nad pochylonym dzbankiem, aby uniknąć zbyt częstego zmieniania wody w misce. Jeśli posługacz nie obmył narzędzi dość dokładnie, aby uwolnić części metalowe z poprzedniego zbrukania ich, musiał wysłuchać surowej reprymendy, na drewnianych wszakże rączkach nie miało to tak wielkiego znaczenia. Okuliści byli bardziej skrupulatni, jak przystało delikatniejszemu rodzajowi chirurgii. Rozkładali swoje narzędzia na bardzo czystej serwetce w takim porządku, w jakim miały być użyte. Staranne to drobiazgowe rozkładanie odpowiadało przygotowaniu do operacji, która musiała być wykonana szybko, zręcznie, bez niezdarnego szukania i grzebania się.

Przy pracy w szpitalu zrzucał często operujący, nie krępując się, swój surdut i zakasywał rękawy. Coś podobnego nie byłoby jednak do pomyślenia w eleganckim domu prywatnym, gdzie operowało się w owym czasie przeważnie w obecności przerażonej rodziny. Aby uniknąć poplamienia ubrania, często przepasywał operujący kuchenny fartuch, najchętniej ciemnego koloru, albo też płócienny płaszcz od kurzu. Inni znów woleli czarny kitel używany w sali anatomicznej, uchodziło to wszakże za rodzaj pozy. O ile zdarzało się, że gość jakiś wpadał z zapalonym cygarem w ręku do pokoju, w którym operowano, ostrzegano go, aby trzymał się z daleka od znieczulającego, jeśli użyty był do znieczulenia eter, a to z powodu niebezpieczeństwa wybuchu. Gość liczył się zwykle z tym ostrzeżeniem, chyba że zapominał o nim, pochłonięty ciekawymi szczegółami operacji. Wybuchy podobne zdarzały się od czasu do czasu w rozmaitych szpitalach, nigdy jednak w żadnym z nich dwukrotnie. Muchy nie przeszkadzały zupełnie operującemu; wolały zawsze siadać na ranie, jemu zaś dawały święty spokój.

Na „pobudzanie gojenia się” ran używano rozmaitych roztworów chloru i chlorków, alkoholu i kwasu karbolowego. Każdy z tych środków miał swoich stronników, którzy oburzali się na innych chirurgów niepochwalających ich wyboru. Balsam peruwiański był w wielkiej estymie, zwłaszcza o ile nasycało się nim pakuły. Pachniał lepiej i był bardziej arystokratyczny ze względu na swoją cenę aniżeli dziegieć, chętniej znów używany przez niektórych, opierających się oczywiście na poparcie swojej racji na statystyce. Słyszę niemal czytelników wykrzykujących: „A jednak pacjenci nie umierali!” Ta-a-a-k! Dodajmy tylko „nie wszyscy”, a uwaga będzie słuszna.

Dr Bryant, który w następstwie szedł ściśle z postępem czasu, za mojej pamięci trzymał, niczym rozbójnik morski, nóż pomiędzy zębami podczas nakładania gumowej peloty z paskiem uciskowym, a potem szybko pociągał kilkakrotnie nożem o skórzany obcas swojego buta, aby wyostrzyć brzeg noża przed amputowaniem nogi. Amputacje bywały w owych czasach bardzo częste jako ostatnie słowo wszystkich prawie powikłanych złamań kończyn. Zdarzało się czasem, że jednego dnia wozy ambulansowe sprowadzały nam kilka takich wypadków. Chirurgowie na ogół myli ręce raczej po operacji aniżeli przed nią albo, ściślej powiedziawszy, po wypchaniu rany operacyjnej, otwartej na dużej przestrzeni, cudownie skutecznym Syare’owskim opatrunkiem z pakuł nasyconych balsamem peruwiańskim.

Źródło: Materiały prasowe, fragmenty książki „Na ostrzu skalpela. 50 lat z życia chirurga”

Pobierz ten artykuł w formacie .pdf

Tematy

chirurgia / historia medycyny / wydawnictwo Replika / Robert T. Morris
PN WT ŚR CZ PT SO ND
1
2
3
4
5
6
7
8
9
10
11
12
13
14
15
16
17
18
19
20
21
22
23
24
25
26
27
28
29
30