Mobbing w placówkach medycznych: Poniżani i poniżający

Fot. Getty Images/iStockphoto
Mało co tak rani człowieka jak pozbawianie go godności, zwłaszcza przy innych. Tymczasem od 3 do 4 proc. lekarzy lubi poniewierać kolegami po fachu.
Krzysztof Boczek 2019-05-28 01:20

– Cała moja historia pracy lekarza to poniżanie – mówi rezydentka (prosi o anonimowość) w dużym szpitalu w Polsce (prosi, by nie podawać miasta). Na jej oddziale profesor (ordynator) i znana postać w świecie medycyny – prawie codziennie pozbawia kogoś godności. I najwyraźniej… czerpie z tego przyjemność.

BMI strachu

– Już podczas jednego z pierwszych obchodów profesor zrugał mnie od stóp do głów. Przy lekarzach, pielęgniarkach, pacjentach – wspomina rezydentka. O co poszło? Już nie pamięta. Może było to: „Kobieto, co ty tutaj robisz?!”. Może padło hasło: „Do niczego się nie nadajesz!”. A może: „Chcesz pozabijać pacjentów?!”. Wszystko wykrzyczane tonem nie znoszącym sprzeciwu. Ataków było tak wiele, że zlewają się w jedno. W codzienność. Zazwyczaj ofiarą jest świeżo przyjęta osoba. Najpierw profesor testuje, na ile może sobie pozwolić. Jeśli osoba jest słaba psychicznie, to pozwala sobie na dużo.

Wypytuje, wierci, szuka, drąży coraz głębiej, aż złapie lekarza na jakiejś niewiedzy. A gdy okaże się, że medyk nie wie, jaki jest np. poziom białka czy BMI u pacjenta, to się zaczyna spektakl.

Nic nie chroni przed poniżaniem. Nawet doskonali specjaliści z ponad 20-letnim doświadczeniem także słyszą czasami, że nic nie umieją. – Potrafi zbesztać także swojego zastępcę, człowieka z 30-letnim stażem, przy rezydentach, stażystach – twierdzi nasza rozmówczyni.

Polemika, obrona godności nie mają sensu – tylko szefa rozsierdza. Ludzie już się nauczyli, jak działać – nie reagować, nie odzywać się, by bluzg spokojnie spłynął. – Tak, panie profesorze. Nie, panie profesorze – to odpowiedzi, które skracają sceny poniżania.

– Boję się go. Jestem w tak dużym stresie, że często nie rejestruję, co mówi – opowiada rezydentka. On krzyczy – inaczej się do niej nie zwraca. Kiedyś przed zabiegiem, przy którym asystowała profesorowi, wzięła hydroksyzynę na uspokojenie. Nie ona jedna – inni z personelu też biorą czasem leki uspokajające, bo krzyczenie podczas zabiegu na wszystkich to standard. Niektórzy lądują u psychologów, inni – odreagowując w domu stres, rozwalają sobie związki. Zdarzały się kuriozalne historie, że rezydenci chowali się pod biurko, gdy słyszeli, że profesor idzie korytarzem. – Kiedy miałam minąć się z nim, to wchodziłam na nie swoją salę, wertowałam karty gorączkowe nie swoich pacjentów, aby tylko nie usłyszeć podchwytliwych pytań – opowiada rezydentka.

Teraz, gdy w zespole pojawia się nowa, młoda osoba, a szef upatrzy ją sobie na ofiarę, pozostali... oddychają z ulgą – to oznacza dla nich względny spokój. Na jakiś czas.

– To jest ewidentny mobbing. Czemu tego nie zgłosicie? – pytam.
Rezydentka: – Profesor jest w stanie sprawić, że nie zdam egzaminu specjalizacyjnego.

Mirosław Dudziński, psycholog, psychoterapeuta: – Poniżenie wywołuje duży stres. Jeśli ofiara nie zrobi żadnych kroków, by temu przeciwdziałać, to prowadzi to do przewlekłego stresu, stanów lękowych i może przerodzić się depresję albo, na przykład, w częstsze sięganie po kieliszek.

Historia jednego poniżenia

– Ktoś odbiera ci szacunek, więc ludzie mają poczucie lekceważenia, pogardy, krzywdy i zazwyczaj reagują na to chęcią... odwetu – twierdzi Dudziński. Bywa, że poszkodowani twardo walczą o wyrównanie rachunków.

Tego przykładem może być afera w bydgoskim „Bizielu”. Po odejściu szefa i wiceszefa SOR, pod koniec ub.r., dyrekcja zarządziła, że lekarze tamże mają pełnić dyżury na SOR i innym oddziale jednocześnie – brak było specjalistów na obsadzenie dyżurów. Przewodniczący zarządu związków OZZL regionu bydgoskiego, Bartosz Fiałek, próbował negocjować z dyrekcją Szpitala Uniwersyteckiego nr 2 im. dr. Jana Biziela. Potem wysłał pisma do NFZ i Państwowej Inspekcji Pracy, Urzędu Wojewódzkiego i Ministerstwa Zdrowia, o „możliwych nieprawidłowości w organizacji pracy szpitala”. Gdy pojawiła się kontrola PIP-u, dyrektor ds. lecznictwa wezwał na dywanik tego związkowca-rezydenta.

– Pan się wpierd...a nie w to, co potrzeba. Teraz pan może sobie opisać i powiedzieć, a ja się zastanowię (…), jak panu ulżyć w specjalizacji (...) – beształ Fiałka dyrektor ds. lecznictwa Zbigniew Sobociński. Potem padło słynne już na całą Polskę zdanie „Wynoś się człowieku, a ja się zastanowię, jak cię zwolnić”. Dyrektor groził, że Fiałek nie będzie miał możliwości ukończenia specjalizacji w Bydgoszczy, będzie musiał wyjechać „do Wrocławia czy gdzieś”.

Groźby zostały nagłośnione na całą Polskę. Dyrektor wysłał pismo do przewodniczącego OZZL, przekonując, że jego konflikt z Fiałkiem jest „rzekomy”. Szpital opublikował oświadczenie, w którym opisał, jak dr Sobociński przeprosił rezydenta, co – zdaniem dyrekcji szpitala – kończy sprawę. „Niestety, dalsze działania Pana Przewodniczącego, których motywy pozostają dla szpitala nieznane, powodują dalszą eskalację i nagłośnienie konfliktu” – pisało kierownictwo „Biziela”. – Nikt nie wnioskował o przeprosiny. Chciałem, aby dyrektor pisemnie wycofał się z gróźb i bezpodstawnych zarzutów wobec mnie – tłumaczy nam Fiałek. Tego nie otrzymał.

OZZL publikowało nagranie rozmowy z ww. cytatami i stanęło murem za Fiałkiem. „Mówimy NIE poniżaniu lekarzy i pacjentów! Wspieramy Bartka!” – takie hasła pojawiły się na billboardach na terenie Bydgoszczy. Portale zaczęły opisywać kolejne odsłony wydarzeń. W związku z groźbami, Bartosz Fiałek skierował zawiadomienie do prokuratury, a do Bydgoskiej Izby Lekarskiej wysłał pismo o poniżaniu. – Przypominamy, że zgodnie z Kodeksem Etyki Lekarskiej, lekarze powinni okazywać sobie wzajemny szacunek (...) – oświadczenie ORL nie brzmi jak krytyka dyrektora. Rada ordynatorów „Biziela” wsparła dyrekcję szpitala. W liście napisali, iż nagłaśnianie konfliktu wewnętrznego placówki jest „niecelowe” i „szkodzące”.

Pod koniec lutego do OZZL trafił list 200 „szarych pracowników” pozamedycznych z „Biziela”. Krytykowali nagłaśnianie „wewnętrznego konfliktu” i samego Fiałka. Bronili dyrekcji. – To kolejny element próby złamania mnie i wywołania efektu mrożącego. Pachnie Bareją – komentuje to Fiałek. 25 lutego br. dyrekcja usunęła go z grafiku dyżurów na SOR na marzec. – Zabrali mi ok. 50 proc. moich miesięcznych dochodów, bo było za późno, bym znalazł sobie dyżury gdzieś indziej – tłumaczy nam rezydent. Ujawnił, że od nagłośnienia sprawy jest dyskredytowany w szpitalu. – Oczernianie, pomawianie jest teraz na porządku dziennym. Nagonkę stworzono też w intranecie szpitalnym – twierdzi Fiałek.

To nie spodobało się lekarzom w Polsce. Dzień po pozbawieniu Fiałka dyżurów, w Internecie zaczęło się zbieranie podpisów pod listem w jego obronie. Po tygodniu, na początku marca, list poparcia miał 1,3 tys. podpisów lekarzy. „Nie jesteśmy niewolnikami dyrektorów. Szpitale nie są ich prywatnymi folwarkami. Nie zgadzamy się na mobbing, zastraszanie i groźby pod adresem żadnego z pracowników ochrony zdrowia” – podpisane osoby jasno pokazywały, że znają problem poniżania w miejscu pracy.

Sprawę opisywały już nie tylko gazety, portale, ale także telewizje. To apogeum. Kilka dni później nabrzmiały balon emocji zostaje wreszcie przekłuty – dyrekcja szpitala nagle oświadcza, iż dr Sobociński „zostaje zwolniony z obowiązku świadczenia pracy na sprawowanym stanowisku”. Media piszą o „finale sprawy”. – Decyzję przyjmuję ze zrozumieniem. Mam nadzieję na nowy rozdział we współpracy pomiędzy organizacją związkową i pracodawcą – odpisuje nam Fiałek. Poniżenie wywołało więc kilkumiesięczny kryzys, w który zaangażowało się tysiące osób.

Drewniane ręce chirurga

Spraw, w których poniżanie wygenerowało u ofiar wielką siłę do walki o godność jest więcej, przy czym nie są tak znane. Te najbardziej nabrzmiałe, w których ofiary są zdeterminowane, znajdują swój finał aż w Naczelnym Sądzie Lekarskim. – Od czasu do czasu trafiają do nas takie skargi. Najczęściej dochodzi do rażących uchybień ze strony przełożonych, dyrektorów. Ich zachowanie jest niezgodne m.in. z art. 53 Kodeksu Etyki Lekarskiej – twierdzi dr Grzegorz Wrona, naczelny rzecznik odpowiedzialności zawodowej w Naczelnej Izbie Lekarskiej. Artykuł 53 mówi iż „(...) Lekarze pełniący funkcje kierownicze powinni traktować swoich pracowników zgodnie z zasadami etyki (...)”. W grę wchodzi także art. 52 o dyskredytacji: „Lekarze powinni okazywać sobie wzajemny szacunek (...)”. Z kolei art. 70. kodeksu precyzuje: „Zadania, jakie spełnia lekarz, dają mu podstawę do żądania ochrony jego godności osobistej (...)”. O „godności” w kodeksie jest w kilku miejscach.

Grzegorz Wrona precyzuje, iż w sprawach, które trafiają do Naczelnego Sądu Lekarskiego chodzi głównie o uwłaczające, obraźliwe wypowiedzi, zwłaszcza w obecności innych lekarzy, pielęgniarek, rzadziej pacjentów. W pamięci utkwiła mu sprawa, w której dyrektor, w obecności pacjentów, zarzucił chirurgowi, że ten ma „drewniane ręce”. Sąd lekarski ukarał sprawcę, ale Sąd Najwyższy uchylił tę decyzje. – Bo to nie było wypowiadane publicznie, a w stosunku do kilku rodzin, za każdym razem odrębnie – tłumaczy rzecznik. Czasem batalia toczy się o zdania, które brzmią jak zarzuty np. „jeszcze raz mógłbyś postudiować medycynę” albo „niedouczony lekarz”, lub nawiązania do wyglądu lekarek, o mocno seksualnym podtekście. – Sprawy są niesłychanie drażliwe dla obu stron – i tego lekarza, którzy był poniżany i tego, który to robił. Bardzo trudne do mediacji – twierdzi Grzegorz Wrona. Nic dziwnego – to walka o honor.

Często pozywane są osoby o dużym autorytecie i pozycji w środowisku naukowym: profesorzy, samodzielni pracownicy. I to sprawy, które sprawiają NSL największe trudności – trudno w nich wyrokować. – W grę wchodzą niuanse, które dane środowisko potrafi odczytać, ale wyrażone są tak, by oszukać granice, których nie można przekroczyć – tłumaczy naczelny rzecznik odpowiedzialności zawodowej. Kary w sprawach o poniżanie to zazwyczaj upomnienia i nagany.

Biali niewolnicy

Większość z lekarzy, z którymi rozmawialiśmy, nie przypomina sobie sytuacji, w której zostaliby ostatnio poniżeni. – Ja sobie na to nie pozwalam – mówi Anna, młoda rezydentka z Poznania, prosząca o anonimowość. Wspomina, jak to ordynator chciał ją poniżyć, przypisując jej niewykonanie jakichś zadań na dyżurze, które należały do... jego obowiązków. – Od razu powiedziałam ostro, że to nie mój zakres. Odpuścił – opisuje Anna.

Za to wielu doktorów odczuło na własnej skórze próby poniżania przez pacjentów. – Ostatnio, gdy badałam chorego, do gabinetu wpadła rodzina z osobą, która cierpiała na zatwardzenie od miesiąca. Krzyczeli, że jestem na ich usługi i mam natychmiast wykonać badanie – relacjonuje Anna.

Jest i dokładnie na odwrót – to lekarzom zdarza się poniżać pacjentów, to bardzo łatwy cel. Bo chorobę często interpretują jako swoją wadę, a wizyta w szpitalu czy gabinecie – środowiskach dla nich obcych – wymagająca często fizycznego odkrycia się, pozbawia ich poczucia pewności. Dudziński tłumaczy to tym, że siła stresu przy poniżaniu jest tak duża, że złość, która się pojawia może prowadzić do „wyrównywania krzywd”, ale na osobach słabszych. – System kaskadowego dziobania, jak „fala” w wojsku, to poniżanie niższych rangą, by odzyskać poczucie sprawczości i odreagować własne napięcia. Odzyskać honor – opisuje ten psychoterapeuta.

Nasi rozmówcy twierdzą, że obecnie medycy są poniżani znacznie rzadziej niż kilkanaście lat temu. Renata, obecnie lekarz z podwójną specjalizacją, wspomina szefa w jej szpitalu, który – gdy była na rezydenturze – najpierw w nią inwestował. Wysyłał na wszystkie możliwe kursy, tylko jej wśród rezydentów pozwalał na ryzykowne zabiegi. Pani Renata zaszła w ciążę bliźniaczą i z dnia na dzień musiała pójść na zwolnienie. Szef się wściekł. Na zebraniach potrafił mówić o swojej niedawnej ulubienicy, że „wody płodowe uszkodziły jej mózg”. Kazał opróżnić jej szafkę pracowniczą i jednego z lekarzy wysłał po klucze do niej – mimo iż p. Renata jeszcze długo była pracownikiem. – Te zachowania były dla mnie bardzo upokarzające – wspomina. Gdy po wychowawczym wróciła do pracy, ze względu na dwoje małych dzieci brała tylko trzy dyżury miesięcznie, choć nie musiała żadnego. – Chce pani skończyć tutaj specjalizację? Nie musi pani pracować w tym szpitalu – powiedział do niej szef. Ponownie poczuła się poniżona. Na rocznej ocenie obniżono jej oceny za dyspozycyjność i zaangażowanie w pracy oddziału.

Inny z profesorów chirurgii jednego ze szpitali w Lublinie rezydentów nazywał „białymi niewolnikami”. – Ludzie bali się przy nim nawet podnieść głowę, odezwać – opowiada obecnie już lekarka ze stażem. Poniżanie rodziło efekt „fali”, jak w wojsku. Jeden ze starszych asystentów na chirurgii potrafił w trakcie dyżuru poświęcić kilkanaście minut, by przejść na inny oddział, na innym piętrze i tam znaleźć rezydenta. Tylko po to, by wysłać go tam, skąd sam przyszedł, aby wypisał jakiś lek. Asystent mógł to sam zrobić w 30 sekund, ale wolał w ten sposób pokazać, kto tu rządzi.

Nietykalni celebryci

Chłopcu w mózgu zbierał się płyn, wymiotował i odczuwał skrajne bóle głowy. Podczas tego nocnego dyżuru pielęgniarka wezwała przez pager rezydenta, który spał w szpitalu na dyżurze. Uspokoił ją, by się nie martwić. Sytuacja nie poprawiała się, więc po godzinie ponownie zadzwoniła. – Pani nawet nie wie, na co zwracać uwagę, nie jest pani lekarzem – arogancko odburknął tym razem. Na kolejne jej wezwanie już nie zareagował. Pielęgniarka wezwała lekarza dyżurującego w domu pod telefonem. Chłopiec natychmiast trafił na salę operacyjną. – Dziecko mogło umrzeć, a rezydent potraktował mnie jak szkodnika, który dzwoni do niego niepotrzebnie w środku nocy – mówiła dla „New York Timesa” pani Silverthorn. Podobnych sytuacji jak ta, ta pielęgniarka miała już wiele. NYT wielokrotnie opisywał poniżanie w szpitalach USA.

Na Zachodzie to zjawisko do niedawna było na tyle popularne w środowisku medycznym, że stało się tematem prac badawczych. W Wlk. Brytanii, jeszcze na początku wieku, studenci medycyny byli notorycznie zastraszani i poniżani przed pacjentami przez starszych lekarzy, głównie płci męskiej – pisał o tym w 2004 r. „British Medical Journal”. Badacze z King’s College London i Brunel University stwierdzili, iż prawie 60 proc. pytanych studentów medycyny przeżyło sytuacje, w których na oczach innych byli pozbawiani godności. – Nie będzie miejsca na poniżanie (...) w szkołach medycznych XXI wieku – po badaniach zapowiadał wówczas dr Peter Dangerfield, szef Brytyjskiego Stowarzyszenia Medycznego. Co ciekawe, w części brytyjskiego świata medycznego panowało wówczas przeświadczenie, że studenci medycyny lepiej się uczą, gdy są... przestraszeni.

Pielęgniarki w USA – inna z poniżanych grup – są przed pacjentami obrażane, a lekarze pomniejszają ich rolę w leczeniu. W badaniach twierdziły, że „czują się jak koniec łańcucha pokarmowego”. Aż 1/3 z pytanych znała koleżankę po fachu, która odeszła z miejsca pracy z powodu lekarza, który nią pomiatał.

Naukowcy wyliczyli, że doktorów, którzy lubią poniżać, krzyczeć na innych jest w USA 3–4 proc. Dominują wśród nich wysokiej klasy specjaliści z neurochirurgii, ortopedii i kardiologii.

Z czego wynikają takie patologiczne zachowania? Źródeł jest kilka. Odpowiada za to intensywne i trudne szkolenie z wysokim poziomem stresu, a także elementami obrażania i poniżania, jakie przeszli owi specjaliści. Po drugie – są to często osoby o znanych nazwiskach, które przyciągają pacjentów do szpitala, dlatego w placówkach wytwarza się tolerancja dla takich zachowań celebryty. To poczucie nietykalności, stania ponad wszystkimi, jest wekslem in blanco do poniżania innych.

Wstyd i kasa

Już w 2008 r. w badaniach Institute for Safe Medication Practices pytani medycy przyznali, że w poprzednich 5 latach takich zachowań poniżania widzieli mniej niż wcześniej. Zjawisko w USA maleje. Bo placówki medyczne muszą ponosić ogromne koszty procesów w sprawach mobbingu – tym jest poniżanie. Lekarze przyłapani na tym są wysyłani na szkolenia zarządzania swoim gniewem albo... wylatują z pracy.

Jedno źródło stresu zmniejsza się, ale jego miejsce zajmuje nowe – z badań w 2015 r. w USA wynika, że wśród pozwanych lekarzy, aż 20 proc. interpretuje to doświadczenie jako... „poniżające”.

Błędy ze strachu

Z badań przeprowadzonych w latach 2004–2007 w 102 szpitalach non profit w USA wynika, że aż 67 proc. członków medycznego personelu uważa, iż istnieje związek między takim niszczącym, poniżającym innych aroganckim zachowaniem lekarzy, a błędami medycznymi. 18 proc. pytanych znała takie konkretne przypadki. Wytłumaczenie jest proste – silny stres zakłóca zdolność logicznego myślenia i działania. Institute for Safe Medication Practices wykrył, że 40 proc. personelu szpitali było przynajmniej raz tak zahukane i zastraszone przez poniżające zachowanie lekarza, że nie ośmielili się wypowiedzieć głośno swoich obaw, co do poprawności zaleceń leczenia, które ich zdaniem były niewłaściwe. Siedem proc. pytanych przyznało, że z tego powodu popełniło błąd medyczny. Jedna z badanych wspomniała o rezydencie w szpitalu na Uniwersytecie Kalifornii, który zauważył problem z paskiem monitorującym płód u kobiety w ciąży. Nie zadzwonił do nikogo, bo bał się kontaktu z lekarzem dyżurnym, którzy słynął z pomiatania rezydentami. Dziecko zmarło.

– Stres odbija się nie tylko na samopoczuciu osoby, ale także jej efektywności w pracy. Osoba poniżona ma niższą skuteczność poznawczą i otwartość emocjonalną na innych – tłumaczy Mirosław Dudziński, psycholog, psychoterapeuta.

Źródło: „Służba Zdrowia” 5/2019

PDF

Zobacz także