Szpital w cieniu Everestu

Anna Kołodziejska

Opublikowano 23 lipca 2019, 08:02

Fot. Getty Images/iStockphoto
Anna Kołodziejska

Opublikowano 23 lipca 2019, 08:02

Nepal jest krajem niezwykłym. Jego granice obejmują najwyższe partie Himalajów i osiem z czternastu ośmiotysięczników świata. Mekka alpinistów każdego roku przyciąga rzesze turystów pragnących zmierzyć się z najwyższym szczytem Ziemi – Mount Everestem. Właściwie cały kraj położony jest w górach, z których większość, bo aż osiemdziesiąt procent mierzy średnio 6 tys. m n.p.m. Przemysł wciąż pozostaje słabo rozwinięty, a gospodarka opiera się na rolnictwie. Stąd też cudowne krajobrazy i piękno krainy, gdzie przyroda zaskakuje dzikością, a zachwycające, górskie masywy z każdej strony rysują się na horyzoncie.

Tyle o pozytywach. To, co stanowi o niezwykłości Nepalu dla przybysza, dla mieszkańca łatwo może stać się zmorą i utrapieniem. Jak organizować życie tam, gdzie ziemia piętrzy się i fałduje, a strome zbocza nieustępliwie stają murem na przeszkodzie tym, którzy chcą budować domy, organizować miasta, czy zapewniać szlaki komunikacyjne między nimi? Nie jest przypadkiem, że wciąż znaczna część Nepalczyków żyjących poza stolicą nie ma dostępu do bieżącej wody, elektryczności ani opieki medycznej. A im dalej od miast, tym sytuacja prezentuje się gorzej. Jedyna droga łącząca Katmandu z drugim co do wielkości miastem – Pokharą ciągnie się krętymi spiralami wzdłuż stromym górskich zboczy. Chociaż na mapie widnieje jako autostrada, jest tak wąska, że w niektórych miejscach z ledwością mogą wyminąć się na niej dwa nadjeżdżające z naprzeciwka pojazdy, a i to wyłącznie przy zredukowaniu prędkości i zachowaniu najwyższej uwagi, by wyjeżdżając kołami poza asfalt nie stoczyć się do podnóża góry.

Częste kolizje to tutaj dzień powszedni. A jeśli do wypadku dojdzie w miejscu, skąd nie ma możliwości sprawnego usunięcia uszkodzonych pojazdów, ruch na jedynym szlaku komunikacyjnym łączącym stolicę z pozostałą częścią kraju ustaje. Zresztą nawet bez dodatkowych utrudnień czas przejazdu między miastami jest zadziwiająco długi. Na pokonanie trasy z Katmandu do Pokhary trzeba liczyć w najlepszym przypadku przynajmniej sześć godzin. Warto zaznaczyć, że miasta dzieli dystans dwustu kilometrów, a autostrada jest jedną z lepszych w państwie.

Większość Nepalczyków żyje w jednoizbowych chatach położonych wysoko w górach. Brak dostępu do czystej wody pitnej sprawia, że biegunki, zakażenia bakteryjne i pasożytnicze są powszechnym schorzeniem. Kolejny problem stwarzają otwarte ognista wykorzystywane w domach jako źródło światła oraz ciepła. Szacuje się, że oparzenia stanowią drugą co do częstości przyczynę urazów i odpowiadają za nawet pięć procent przypadków inwalidztwa. Spędziłam prawie dwa miesiące, pracując na wolontariacie w Centrum Leczenia Rozszczepów Podniebienia i Oparzeń w Kirtipur, pod Katmandu. To właśnie do nas odsyłano pacjentów poparzonych tak bardzo, że lekarze z innych placówek bezradnie rozkładali ręce.

Gdybym nie widziała i nie pracowała przy tych przypadkach osobiście, wątpię, bym była w stanie wyobrazić sobie, że gdzieś na świecie jest kraj, w którym ogień może zbierać tak potężne żniwo, odbierając życie lub czyniąc kalekami. A przy tym, że chorzy w krytycznym stanie, nieraz z tkankami przepalonymi do kości, z kończynami nadającymi się już tylko do amputacji lub z zakażeniami bakteryjnymi na granicy sepsy mogą być wysyłani do specjalistycznego ośrodka z innych szpitali nie karetką, a transportem własnym. Co w praktyce oznaczało najczęściej publiczny autobus i wielo-, naprawdę wielogodzinną podróż, która dla zdrowego człowieka byłaby wyzwaniem. Mnóstwo takich przypadków zapadnie mi w pamięć na długie lata. Choćby siedmiomiesięczna dziewczynka, której stopy właściwie spłonęły w ognisku, obok którego została ułożona dla ochrony przed chłodem nocy, a której płacz wyrwał rodziców ze snu zbyt późno, aby można było zapobiec tragedii.

Podudzia amputowano jeszcze w lokalnym szpitalu, ale na dalsze leczenie skierowano dziewczynkę do nas. Wraz z matką, której nie było stać na wynajęcie taksówki, jechały lokalnymi środkami transportu ponad trzynaście godzin. Kolejny przypadek – kobieta po poparzeniu dróg oddechowych, do którego doszło podczas pożaru w kuchni. Dla zapewnienia przepływu powietrza do płuc lekarze wykonali tracheotomię. Później leczyli przez kilka dni, a kiedy stan się pogarszał, polecili rodzinie, by poszukali pomocy w ośrodku w Kirtipur. Trafiła do nas po kilku godzinach podróży autobusem w stanie ciężkiej sepsy. Wkrótce zmarła.

Do szpitala w Kirtipur każdego dnia przyjeżdżali chorzy z całego kraju. Do tego jeszcze mieszkańcy stolicy. Ci częściej trafiali z obrażeniami w wyniku porażenia prądem elektrycznym lub po oblaniu środkami chemicznymi. Sala chorych, w której stało dwadzieścia pięć łóżek, zawsze była pełna pacjentów. Piętro wyżej mieścił się blok operacyjny i OIOM. Tutaj ruch był większy. Niestety, śmiertelność również. Na dziesięciu łóżkach leżeli pacjenci w ciężkim stanie lub zakażeni. Poważny problem stanowią bakterie, głównie Acinetobacter oporny na większość antybiotyków. Ale nie tylko. Biorąc pod uwagę specyfikę kraju, antybiotyki podaje się właściwie każdemu od chwili przyjęcia. Stąd też długi wstęp do artykułu.

Bez pokazania, jak żyje większość Nepalczyków i jak wygląda dostępność do opieki medycznej, raczej trudno byłoby nabrać wyobrażenia, z jakimi przypadkami spotykają się tam lekarze i jak długą drogę muszą nieraz pokonać pacjenci, aby dostać się do szpitala. Do tego ograniczone zasoby finansowe na zakup środków do dezynfekcji. Chirurdzy myją dłonie roztworem chlorheksydyny, której nie spłukuje się przed przystąpieniem do operacji tylko wyciera ręcznikiem, bo w wodzie z kranu roi się od zarazków. Wszędzie unosi się zapach chloru, który wykorzystywany jest w różnych stężeniach tak do mycia podłóg, jak i do nasączania opatrunków przed założeniem na rany. Narzędzia chirurgiczne, serwety, a nawet bandaże wykorzystuje się tak długo jak to możliwe. Zanim trafią do sterylizacji są prane i rozwieszane na metalowych balustradach zabezpieczających pozbawione okien korytarze szpitala. Kiedy instrumentariuszka podaje je później z jałowych pojemników, na materiale w wielu miejscach wciąż odznacza się wytarta z barierek rdza...

Obóz chirurgiczny w Butwalu. Wspólne zdjęcie autorki z instrumentariuszkami oraz koordynatorem obozów chirurgicznych

Dwukrotnie miałam okazję wyjechać z chirurgami poza stolicę, aby dotrzeć do pacjentów żyjących z dala od miasta. Widziałam zarówno dzieci i dorosłych, którzy stali się kalecy w wyniku oparzeń, a których czasem wystarczyłoby właściwie opatrzyć po wypadku, aby uchronić przed powikłaniami. Palce dłoni czy stóp zrośnięte ze sobą w jedną, nieporęczną całość. Całe kończyny zdeformowane lub zablokowane w nienaturalnym położeniu przez nieprawidłowo zabliźnioną skórę. Często wystarczyło przeciąć powłoki i uzupełnić ubytki tkankami przeszczepionymi z innych fragmentów ciała, aby przywrócić kończynom nie tylko normalny wygląd, ale nawet pełną sprawność. Nie wspominając już o tym, że wielu deformacji można by w ogóle uniknąć, gdyby opatrunki zakładał ktoś mający pojęcie, jak to zrobić.

Gdyby nie akcje polegające na wyjazdach lekarzy ze stolicy do mniejszych ośrodków, większość z tych ludzi pewnie wciąż pozostawałaby niepełnosprawnymi. A ilu jeszcze takich ludzi żyje w chatach ukrytych wśród górskich szczytów i nigdy w swoim życiu nie spotka lekarza?

Źródło: „Służba Zdrowia” 7-8/2019

Pobierz ten artykuł w formacie .pdf

Tematy

oparzenia / chirurgia / praca za granicą / pomoc humanitarna / nepal / himalaje
PN WT ŚR CZ PT SO ND
1
2
3
4
5
6
7
8
9
10
11
12
13
14
15
16
17
18
19
20
21
22
23
24
25
26
27
28
29
30
31