Pielęgniarka z hospicjum:

Nie wyobrażam sobie pracować latem w maseczce

Martyna Chmielewska

Opublikowano 15 maja 2020, 12:02

Martyna Chmielewska

Opublikowano 15 maja 2020, 12:02

Martyna Chmielewska: Pracuje Pani w hospicjum domowym przy Centrum Medycznym Białołęka w Warszawie. Z jakimi problemami zmaga się Pani podczas epidemii koronawirusa?

Iza Kęsicka: Pracuję w większym stresie niż przed epidemią. Na każdą klamkę i klawiaturę domofonu patrzę teraz inaczej niż wcześniej. Idąc do pacjenta, dotykam różnych przedmiotów. Wiem, że nawet w ten sposób mogę „złapać” koronawirusa. Rękawiczki są dla mnie towarem deficytowym, dlatego muszę je ,,oszczędzać”. W zamian za to bardzo często dezynfekuję ręce. Skóra moich rąk jest w opłakanym stanie. Idąc do pacjenta, zakładam maseczkę, fartuch fizelinowy i przyłbicę. Trzeba poświęcić trochę czasu na ubranie tych rzeczy.Na ulicy ludzie przyglądają mi się z zainteresowaniem. Pewnie zastanawiają się, czy idę do pacjenta zakażonego koronawirusem.

M.Ch.: W jaki sposób pomaga Pani pacjentom?

I.K.: Uśmiecham się do nich. Zakres mojej pomocy często wykracza poza moje obowiązki. Oprócz zabiegów pielęgniarskich, tj. podłączania kroplówek, zmiany opatrunków, wykonywania iniekcji, pobierania materiału do badań, itd., robię pacjentom zakupy, realizuję recepty w aptekach, dzielę się obiadem, który ugotowałam. Pomagam w ten sposób nie tylko moim podopiecznym, ale również ich rodzinom, którym też nie jest lekko. Zdarza się coraz częściej, że ja i moja lekarka otaczamy opieką medyczną również członków rodziny pacjenta. Zdajemy sobie sprawę, jak ciężko o wizytę w przychodni czy w szpitalu.

M.Ch.: Jak pacjenci znoszą izolację?

I.K.: Dla pacjentów jest to trudny czas. W wielu przypadkach rodziny ograniczyły z nimi kontakty osobiste. Zrobiły to w trosce o ich zdrowie i samopoczucie. Z powodu lęku przed koronawirusem niektórzy pacjenci święta wielkanocne spędzili samotnie. Wizyty pracowników hospicjum też uległy ograniczeniom. Pacjentom, którzy są w stabilnym stanie świadczymy teleporady. To jest odgórne zarządzenie, by ograniczyć ryzyko zakażenia pacjentów. Teleporady bywają bardzo długie. Pacjenci potrzebują ciepłych i serdecznych rozmów. Pacjenci tęsknią za nami. Jest to znak, że jesteśmy dla nich ważni i potrzebni.

M.Ch.: Pielęgniarki i położne spotykają się ze złowrogimi spojrzeniami w sklepach. Sąsiedzi sugerują im, aby zmieniły miejsce zamieszkania, bo roznoszą zarazę. Czy spotyka się Pani z hejtem?

I.K.: Nie spotkałam się z hejtem. Pacjenci, ich rodziny oraz moi znajomi okazują mi wdzięczność i szacunek. Myślę, że ten problem dotyka część personelu medycznego, który pracuje w szpitalach zakaźnych. Ludzie hejtują pracowników medycznych, którzy poświęceniem walczą z koronawirusem na pierwszej linii frontu. Ludzie ludziom zgotowali ten los…To przykre i smutne, że część społeczeństwa okrutnie traktuje medyków. Słyszałam o przypadku, kiedy samochód jednej z pielęgniarek pomalowano sprejem i przebito w nim opony. Innych medyków wyprasza się ze sklepów. To bardzo poważna sprawa. Są to czyny agresywne, a nawet karalne. Nie powinny się one w ogóle wydarzyć.

M.Ch.: Czego najbardziej brakuje personelowi w domowym hospicjum?

I.K.: Bardzo brakuje nam rękawiczek w rozmiarach S i M. Zużywamy ich w hospicjum bardzo dużo, przede wszystkim do zabiegów pielęgniarskich. Ceny rękawiczek są teraz bardzo wygórowane, a hospicjum nie stać na ich zakup. Jeśli ktoś mógłby nas wspomóc, to proszę kontaktować się pod nr tel. 506 124 674. Moi przełożeni robią, co mogą, aby nie brakowało nam środków ochrony i regularnie je kupują, ale sytuacja staje się coraz trudniejsza. Cały zespół Centrum Medycznego Białołęka zwarł szeregi - mobilizujemy się i sami szyjemy maseczki, pozyskujemy darczyńców, którzy nam pomagają. To wspaniale pracować w zespole takich kochanych ludzi! Na szczególne uznanie zasługuje moja szefowa pielęgniarka Kalina Kowalik, która podczas epidemii koronawirusa bardzo wspiera i pomaga całemu zespołowi, a w dodatku ze złamaną nogą odwiedza naszych pacjentów.

M.Ch.: Ilu pacjentów jest zakażonych w hospicjum? Czy śmiertelność w placówce wzrosła podczas epidemii koronawirusa?

I.K.: Moi pacjenci mają wprawdzie słabszą odporność, ale izolują się w domach. Ryzyko zakażenia koronawirusem nie jest duże. Umieralność wśród naszych pacjentów jest na tym samym poziomie i jest spowodowana nieuleczalną chorobą. Nie słyszałam o potwierdzonym przypadku koronawirusa u któregokolwiek z naszych pacjentów. Zdecydowaną większość naszych chorych stanowią osoby ze zdiagnozowaną chorobą nowotworową w terminalnej fazie, pozostałe osoby są z ciężką postacią POCHP, zaawansowanymi odleżynami, zanikami mięśni, itd. Wirus na pewno ma wpływ na jakość życia pacjentów.

M.Ch.: Czy wśród personelu są osoby zakażone?

I.K.: Nie słyszałam o przypadku koronawirusa wśród naszego personelu. To całe szczęście. Natomiast wiem, że w innych hospicjach zdarzyły się takie osoby i pracowały one również w warszawskich szpitalach. Uważam, że zasadne jest zatem wprowadzenie przepisów ograniczających pracę w kilku miejscach.

M.Ch.: Czy mają Państwo odpowiedni dostęp do testów na koronawirusa?

I.K.: Trudno tu mówić o odpowiednim dostępie do testów. Hospicja w Polsce są pod tym względem bardzo zaniedbane. O testach przesiewowych nie ma mowy. Miesiąc temu udałam się z moją lekarką do jednego z warszawskich szpitali. Po 5 godzinach czekania na zimnie, wykonano nam test przed budynkiem szpitala. Do tej pory nikt nie poinformował mnie o jego wyniku. Nawet pani z sanepidu, która dzwoniła kilka dni później, by przeprowadzić ze mną wywiad na temat zdrowia, nie miała takiej informacji. Do wyniku dotarłam ,,okrężną” drogą, bo musiałam dowiedzieć się, czy mogę dalej pracować. Natomiast do lekarki, z którą pracuję, zadzwoniono i podano wynik testu. Ale nikt z sanepidu nie zadzwonił do niej, żeby przeprowadzić wywiad na temat tego jak się czuje. Nie wiem, czy powinnam się śmiać, czy płakać.

M.Ch.: Jakie są Pani największe obawy i nadzieje w związku z epidemią koronawirusa?

I.K.: Najbardziej boję się o moją ukochaną rodzinę. Nie chciałabym ich narazić na zakażenie wirusem. Ale niestety to robię. Taka praca . Nie „schowałam się” w domu przed epidemią, choć mój mąż próbował to na mnie wymóc. Zdarzyła nam się nawet ostra wymiana zdań na ten temat, ale ja znów postawiłam na swoim. Nie mogę pozwolić na cierpienie moich pacjentów - przyjaciół. Oni są dla mnie bardzo ważni i muszę pozostać z nimi do końca. Mam nadzieję, że epidemia koronawirusa szybko się skończy. Chciałabym obudzić się rano i usłyszeć w mediach, że w ciągu ostatniej doby nie zdiagnozowano żadnego przypadku koronawirusa na świecie. Czekam na wymarzone wakacje, na wspólnego grilla, piwo z przyjaciółmi i na „zrzucenie” maseczki. Nie wyobrażam sobie pracować w niej latem. Patrzę ze łzami w niebo, składam ręce i proszę o zdrowie dla siebie, bliskich i całego świata. Błagam o siłę i wytrwałość dla całej służby zdrowia w codziennych zmaganiach się z problemami innych ludzi. Jestem wdzięczna losowi, że pokierował mnie do hospicjum. Jest tu mnóstwo problemów do rozwiązania, wiele łez do otarcia, milion szans na uśmiech i zadowolenie pacjentów. Moja praca to radość.

Pobierz ten artykuł w formacie .pdf

Tematy

koronawirus / COVID-19 / Iza Kęsicka
PN WT ŚR CZ PT SO ND
1
2
3
4
5
6
7
8
9
10
11
12
13
14
15
16
17
18
19
20
21
22
23
24
25
26
27
28
29
30