Pieniądze, zdrowie, pieniądze
Opublikowano 16 stycznia 2026 11:45
Z tego artykułu dowiesz się:
- Przedwczesna śmiertelność w Polsce kosztuje rocznie 115 miliardów złotych! Eksperci alarmują, że przyczyny te są głównie związane z nieefektywnym systemem ochrony zdrowia, który generuje około 47 tysięcy dodatkowych zgonów rocznie.
- Polska wydaje znacznie mniej na zdrowie niż średnia w Unii Europejskiej. Nasze wydatki publiczne na zdrowie są o 50% niższe, co bezpośrednio przekłada się na wyższy wskaźnik zgonów możliwych do uniknięcia.
- Kolejki do specjalistów mogą wynosić średnio rok! Eksperci podkreślają, że długi czas oczekiwania na leczenie ma szkodliwy wpływ na efektywność terapii, co może prowadzić do poważnych konsekwencji zdrowotnych.
- Finansowanie leczenia z własnej kieszeni jest kosztowne i mało efektywne. Polacy często decydują się na prywatne wizyty, jednak brak kompleksowości w leczeniu może prowadzić do pogorszenia stanu zdrowia i konieczności skorzystania z publicznej opieki zdrowotnej.
Podejścia są dwa: część ekspertów twierdzi, że system jest nieefektywny, bo na zdrowie przeznaczamy coraz więcej pieniędzy, kolejki do świadczeń zdrowotnych rosną lub nie maleją, Polacy muszą szukać leczenia w sektorze prywatnym, wydając – nieefektywnie – pieniądze z kieszeni. Ale są i tacy, którzy twierdzą, że przy obecnym – niskim, w porównaniu ze średnią UE – poziomie finansowania polski system wręcz poraża efektywnością, bo uzyskiwane wyniki są niewspółmiernie wysokie do nakładów.
Prawda leży tam, gdzie leży, bynajmniej nie pośrodku. Narracja o potężnie rosnących nakładach na zdrowie – zawsze podawana w kwotach – jest miła dla oka i ucha, ale nie wytrzymuje konfrontacji, jeśli zestawiamy zmianę odsetka PKB. Ten, oczywiście, też na przestrzeni kilkunastu lat, wzrósł, ale już nie tak drastycznie jak kwoty w miliardach złotych. Mamy wzrost, ale fakt, że sięga on (wziąwszy pod uwagę tylko lata 2015-2024) 40 procent (4,5 proc. vs. 6 proc. PKB) wynika wyłącznie z mikrego punktu wyjścia. Do średniej unijnej brakuje nam ok. 50 proc. (6 proc. vs. 9 proc. PKB). Ba, gdybyśmy chcieli w 2027 roku – jak przypominają eksperci Federacji Przedsiębiorców Polskich – osiągnąć realne 7 proc. PKB wydatków na zdrowie, musielibyśmy zwiększyć budżet o blisko 50 mld zł. „Na szczęście”, nikt takich planów nie ma i nie musimy szukać tych miliardów (nawet jeśli jest paląca potrzeba).
Polskie wydatki publiczne na zdrowie są niższe niż średnia unijna o ok. 50 proc., i o tyle samo wyższy jest wskaźnik zgonów możliwych do uniknięcia. To podsumowanie teorii o nadzwyczajnej efektywności systemu ochrony zdrowia. Czym innym jest efektywność polskiej medycyny, wtłoczonej w ów system: ona rzeczywiście radzi sobie nadzwyczajnie dobrze, biorąc pod uwagę okoliczności. Jednak skala problemów jest zbyt duża, by umiejętności, kompetencje, ba – nawet posiadanie (realne lub teoretyczne) narzędzi do utrzymania obywateli w zdrowiu lub naprawiania tegoż zdrowia – wystarczyły. Niedomogi systemu niemal zawsze dają o sobie znać. Gdy nie dają – koronnym przykładem jest tu program leczenia SMA – następuje „szok i niedowierzanie”, sięgając po kolokwializm.
Bez szoku i bez niedowierzenia przyjmujemy natomiast informacje dotyczące tego, że na wizyty u (niektórych) specjalistów trzeba czekać – średnio – około roku, że kolejki do świadczeń zdrowotnych są wielomiesięczne. Kolejki, czyli – jak mówi Krzysztof Łanda, były wiceminister zdrowia, ekspert systemu – technologia medyczna o udowodnionej szkodliwości, bo czas oczekiwania na leczenie nie pozostaje bez znaczenia dla procesu leczenia.
W dyskusji nad kolejkami pojawia się też ważny wątek finansowania wizyt (badań, niektórych świadczeń) ze środków prywatnych. Polacy od lat radzą sobie w ten sposób – i również to nie budzi ani niedowierzania, ani szoku. Eksperci wskazują, że finansowanie out of pocket (prosto z kieszeni pacjenta, w przeciwieństwie np. do ubezpieczeń zdrowotnych) jest mało efektywne, bo drogie. Ale niska efektywność nie wiąże się tylko z ceną. Pacjent może sobie kupić pojedynczą wizytę, pakiet badań – ale nie kupuje tego, co jest istotą procesu leczenia: kompleksowości. Najczęściej nie wchodzi na żadną ścieżkę, co – szczególnie w przypadku chorób przewlekłych lub wymagających kosztownej diagnostyki i leczenia – stanowi gigantyczny problem. Pacjent i tak, prędzej czy później, trafia do systemu publicznego, nie trzeba dodawać, że z większymi obciążeniami zdrowotnymi. Prywatne leczenie bywa szansą, ale często również może być tej szansy tylko iluzją.












