F**king Friends

Jacek Caba

Opublikowano 08 czerwca 2013, 13:29

jacek caba
Jacek Caba

Opublikowano 08 czerwca 2013, 13:29

Tytułowy idiom to nieco hipsterska nazwa coraz bardziej ostatnio modnego wariantu relacji międzyludzkiej. Tacy „niby przyjaciele”. Łączy ich na tyle dużo, żeby pójść razem do łóżka, jednak na tyle mało, żeby nie towarzyszyła temu praktycznie żadna, realna forma zaangażowania. Model współistnienia, któremu hołduje coraz większa część społeczeństwa.Ostatnio uwierzył w niego pewien minister.

Długo zastanawiałem się, czy w ogóle mam moralne prawo poruszać ten temat. W końcu niepraktykujący lekarz powinien siedzieć cicho, gdy wypowiadają się autorytety medyczne, a zwrot „etyka lekarska” pojawia się w publikowanych artykułach częściej niż przecinek.

No i proszę, prawie dałem sie zwieść. Prawie, bo w końcu dotarło do mnie, że jeden z najmodniejszych ostatnio medialnych tematów nie jest, tak naprawdę problemem lekrzy, a Służba Zdrowia i wszystkie listy (zarówno te otwarte, jak i zamknięte, a nawet te jeszcze nie napisane) to tylko fasada, afisze naklejone na murze.

I skoro już zdałem sobie sprawę, że to nie afisze są pękającą częścią muru,to zupełnie spokojnie mogę się wypowiadać nie jako „przyjaciel lekarz”, ale po prostu, jako człowiek.

Bo nie posuniemy się ani o krok w wielkiej dyskusji „wewnątrz środowiska”, do jakiej zachęca Pan Minister, ani równie wielkiej na jego zewnątrz - propagowanej przez Tomasza Lisa, jeżeli nie zdamy sobie sprawy, że to pojedyncze jednostki ludzkie stają w tej historii po obu stronach „barykady”.

Ofiarami tragedii w tym czy innym szpitalu nie są tak zwani „PACJENCI” tylko konkretna, znana z imienia i nazwiska rodzina, która właśnie straciła dziecko, a znów na przeciwnym biegunie nie sytuują się tak zwani „LEKARZE”, czyli innymi słowy BEZosobowa i BEZkarna mafia wykańczająca BEZbronne jednostki zakrwawionymi pazurami, tylko konkretne, znane z imienia i nazwiska kobiety oraz konkretni, znani z imienia i nazwiska mężczyźni.

Czy istnieje cokolwiek, co łączy ich w tak zwane "ŚRODOWISKO"?

Czy mają wspólne idee? Wspólne dążenia?

Czy tylko wspólne interesy?

Używając tytułowej przenośni - są rodziną? luźnymi znajomymi? czy - bo to  najwygodniej - fucking friends?

Wybacz osobiste zwierzenia Czytelniku, ale w poszukiwaniu odpowiedzi musiałem się cofnąć do własnych lat młodzieńczych. Wychowałem się w lekarskiej rodzinie (nic dziwnego, tak jak podobno około 70% lekarzy). Zabiegani od szpitala do przychodni rodzice (banalna historia, nieprawdaż?) nie mając z kim zostawić dzieciaka czasem byli zmuszeni zabrać go ze sobą do Placówki Służby Zdrowia, gdzie miał siedzieć i nie przeszkadzać, czekając aż skończą pracę. Miła pielęgniarka zrobiła herbatki, czasem i ciasteczko się znalazło i tak dzielny młody zuch przesiąkał atmosferą białego fartucha marząc w duchu - „... ja też jak dorosnę zostanę lekarzem, będę pomagał ludziom...”. Potem były studia (ach te piekne lata:), staż, specjalizacja (obiecuję, zaraz będzie trochę ciekawiej), wybór tematu na doktorat, w perspektywie gabinet po ojcu czekający na sukcesora, aż w końcu... no własnie...

... rezygnacja z wykonywania zawodu.

Nie zliczę, ile razy, przez całe życie uzłyszałem pytanie - „Stary - dlaczego?!”

I zawsze odpowiedź była taka sama.

BO NIE CZUŁEM POWOŁANIA.

I już! - koniec nudnawej historii, ale również ODPOWIEDŹ na pytanie zadane powyżej.

Większości społeczeństwa się wydaje (Ministrowi chyba też), że to własnie POWOŁANIE nas łączy. Że to dzięki niemu jesteśmy "ŚRODOWISKIEM", „BRANŻĄ”, „SŁUŻBĄ”. Taki trochę FRONT JEDNOŚCI LEKARSKIEGO NARODU:) Młodzież z Partią, Klasa Pracująca, Odpowiedzialność Zbiorowa, brakuje tylko jeszcze Marksa i Engelsa do poniesienia sztandarów.

Powołanie realizuje się we wnętrzu każdego z nas. Z osobna. Lekarza, księdza, polityka, dziennikarza, szewca, aktora lub szpiega.

Uwierzcie, bo pisze to człowiek, który dobrowolnie zrezygnował ze "ŚRODOWISKA” i „BRANŻY”, żeby to swoje powołanie realizować.

Przez myśl by mi nie przeszło, żeby takich gestów wymagać od wszystkich. Od wszystkich lekarzy, księży, polityków, dziennikarzy, szewców, aktorów czy szpiegów. I może zanim rozpoczniemy te wielkie, branżowo-środowiskowe dyskusje zastanówmy się, czy naprawdę takie wymagania chcemy postawić? Będziemy udawać, że budujemy idealny świat?

Lekarz to zawód jak każdy inny. I w Polsce i w każdym innym kraju. Wykonują go zarówno wspaniali, pełni poświęcenia ludzie, jak i zwykli wyrobnicy ciułający do pierwszego, a tak zwana solidarność zawodowa pojawia się wszędzie tam, gdzie istnieje problem odpowiedzialności, bo nikt dobrowolnie „na szafot” nie idzie, bez względu na zawód i rozmiar przewinienia.

Skończmy z hipokryzją i gestami „pod publiczkę”. Zastanówmy się raczej, jak najbardziej efektywnie zarządzać naszą Służbą Zdrowia, zamiast przelewać „z pustego w próżne”, rozwiązując nierozwiązywalne problemy egzystencjalne.

A najlepszą odpowiedzią na apel Pana Ministra jest zdanie wygłoszone kiedyś, przez pewną moją koleżankę:

- Fucking? Chętnie! - rzuciła w odpowiedzi na propozycję - Ale żeby od razu friends?!

Pobierz ten artykuł w formacie .pdf

podobne

PN WT ŚR CZ PT SO ND
1
2
3
4
5
6
7
8
9
10
11
12
13
14
15
16
17
18
19
20
21
22
23
24
25
26
27
28
29
30
31