Edukacja zdrowotna 2.0
Opublikowano 10 kwietnia 2026 13:07
Takie rozwiązanie zasugerowała rządowi już w grudniu na rządowym szczycie zdrowotnym wicemarszałek Sejmu Monika Wielichowska, taki pomysł pojawił się też na prezydenckim szczycie zdrowotnym, który odbył się dzień później. Wydawało się, że wymuszona – przede wszystkim fatalnymi danymi o frekwencji – decyzja MEN skończy spór raz na zawsze, ale niestety nie kończy, bo środowiska zorientowane na fundamentalizm wyznaniowy, a może po prostu ideologiczny, by religii do tego nie mieszać, nadal twierdzą, że EZ jest niebezpieczna, godzi w rodzinę i dobro narodu. Dlaczego? Tu powinno paść ostrzeżenie: Minister Zdrowia ostrzega, że zgłębianie tematu grozi śmiercią szarych komórek.
Tomasz Terlikowski, katolicki dziennikarz i publicysta, przez lata guru światopoglądowych konserwatystów, w tej sprawie wypowiedział się w mediach społecznościowych jednoznacznie: „Obowiązkowa edukacja zdrowotna? Nareszcie! Szkoda, że bez komponentu edukacji związanej ze zdrowiem reprodukcyjnym i seksualnym, bo to istotny element wiedzy w czasie dojrzewania. Rozumiem polityczne uwarunkowania, ale z perspektywy edukacyjnej uważam to za błąd.” Przypomniał, że realnym zagrożeniem nie jest „lewacka edukacja” tylko niekontrolowany przepływ „wiedzy” na temat seksualności z serwisów pornograficznych, do których dostęp mają młodzi ludzie, zbyt często – po prostu dzieci. Państwo w tej sprawie, trzeba przyznać, skapitulowało. I być może nie było innego wyjścia, być może są racje, zapewne racje polityczne, które przemawiają za taką decyzją. Problem w tym, że ona tak naprawdę nie gwarantuje spokoju (rozumianego w bardzo podstawowy sposób, jako brak wojny) wokół edukacji zdrowotnej.
Czy ta wojna będzie się toczyć na górze, w Sejmie, między rządem a prezydentem? Niekoniecznie, jest przecież cały szereg tematów znacznie bardziej rozpalających wyobraźnię polityków. Ale może się toczyć tam, gdzie żadnej wojny być nie powinno – w szkołach i przy szkołach, w lokalnych społecznościach, w parafiach. Oby nie, przecież nie można zakładać najgorszych scenariuszy – tylko co zrobić, gdy doświadczenie podpowiada, że właśnie takie najczęściej się realizują?
Może jednak tym razem będzie inaczej. Może MEN uda się przekonać choćby kilku wpływowych biskupów do wsparcia dobrym słowem edukacji zdrowotnej? Może niekoniecznie od razu list pasterski, wystarczyłaby skromna wypowiedź w mediach. Pomarzyć, w oczekiwaniu na rozwój wypadków, zawsze można.
Czasu na marzenia i oczekiwanie na pewno nie ma ministerstwo. Pierwszy falstart narobił już wystarczająco dużo szkód. Na kolejny nikogo nie stać – ani szkól, ani rządu. Ani, przede wszystkim, uczniów, którzy powinni się uczyć o zdrowiu, a na razie odbierają jedną z gorzkich lekcji życia, dowiadując się, że dorosłym też nie zawsze wszystko wychodzi dobrze, i czasem naprawdę powinni móc zgłosić „nieprzygotowanie”, bo popełniane przez nich błędy kardynalne kosztują nawet więcej, niż te maturalne.









