Epitafium bałaganu

Są szpitale, w których farmaceuci odpowiadają za przetargi na dziesiątki milionów zł, a zarabiają jak personel pomocniczy. O wnioskach z druzgocącego raportu NIK nt. aptek szpitalnych mówi Marek Tomków, wiceprezes Naczelnej Rady Aptekarskiej.
Krzysztof Boczek 2018-05-28 22:31

Krzysztof Boczek: W raporcie NIK nt. aptek szpitalnych z początku kwietnia czytam, że z 24 skontrolowanych placówek „żadna nie prowadziła działalności zapewniającej bezpieczeństwo farmakoterapii we wszystkich kontrolowanych obszarach, a stwierdzone zaniedbania dotyczące organizacji gospodarki lekami były na tyle poważne, że mogły zagrażać zdrowiu i życiu pacjentów”. Pan był zaskoczony takimi wynikami kontroli?

Marek Tomków: Absolutnie nie. Skala pokazuje to, o czym mówiliśmy od dawna. W szpitalach bardzo mocno skupiono się na zapewnieniu personelu lekarskiego i pielęgniarskiego, a rola apteki szpitalnej była bagatelizowana, zaś farmaceuty była marginalizowana całkowicie. Tak naprawdę farmaceuta ma w szpitalu jedynie przeprowadzać przetargi i kupować najtaniej.

K.B.: Naprawdę tym się głównie zajmują?

M.T.: Oczywiście. Zajmują się przede wszystkim obsługą przetargów, czyli zbierają dokumentację, negocjują, rozmawiają itd. W Naczelnej Radzie Aptekarskiej zwróciliśmy uwagę na to, co powiedział sam szef NIK – że jest ogromny niedobór personelu jeśli chodzi o farmaceutów. Dlatego trzeba też wprowadzić ustawowe normy, jeśli chodzi o ich zatrudnienie w szpitalach. Trzecia rzecz, o której mówimy od bardzo, bardzo dawna – mądrze wykorzystany farmaceuta zarabia na siebie i na szpital.

K.B.: Wrócimy jeszcze do tych oszczędności. W Medexpressie materiał o wynikach kontroli NIK był najczęściej czytanym tekstem tygodnia. Bo te informacje NIK brzmią, jakby NIK robił kontrolę gdzieś w środkowej Afryce, a nie nad Wisłą.

M.T.: Słowa prezesa NIK brzmią dramatycznie, ale sytuacja nie jest aż tak zła, jeśli chodzi o praktykę. Można trafić na elementy patologiczne i zawsze wtedy można powiedzieć, że „mogło być zagrożenie zdrowia lub życia”. Nie znamy szczegółów kontroli, ale mogła być sytuacja taka, że leki, które miały być niewiadomego pochodzenia, raczej nie zostały wyciągnięte z pojemników do utylizacji, ale mogły pochodzić z darowizn albo pacjent przyniósł je ze sobą. Nie do końca więc mieliśmy tam jakiś drugi Pavulon. Ja nie widzę złej woli, czynnika ludzkiego, czyli by ktoś chciał kogoś otruć. To, co opisuje NIK to ogromny bałagan, zbagatelizowanie pewnych spraw, głównie kwestii zatrudnienia farmaceutów. Słowa prezesa brzmiały bardzo poważnie i jestem przekonany, że tak właśnie miały zabrzmieć.

K.B.: To który z elementów tego bałaganu wzbudził największy niepokój? Przypomnę kilka punktów: 54 proc. szpitali nie przechowywało leków właściwie; w 37 proc. przypadków postępowanie szpitali nie gwarantowało, że pacjent otrzyma pełnowartościowe leki; w niemal 80 proc. skontrolowanych szpitali stwierdzono niezgodności pomiędzy faktycznym stanem magazynowym leków a ewidencjami.

M.T.: Jeśli stwierdzono np. niezgodność tych stanów magazynowych, to trzeba wiedzieć, jak była duża. Bo tak samo będzie brzmiał komunikat o braku 2 tabletek jak i 100 opakowań jakiegoś narkotyku. Jeśli robi się remanent to zawsze występują różnice remanentowe. Zwłaszcza w przypadku leków recepturowych czy ich składników. Bo nie da się leku podzielić równiutko. Pytanie więc, na ile poważne były te różnice w stanach. Znam przypadki, gdy kontrolerzy stwierdzili w aptece „niewłaściwe przechowywanie” leków, bo... szafa była niezamknięta, albo przechowywane były w niewłaściwej temperaturze lub pomieszczenie było niezamknięte. Wszystkie te nieprawidłowości, które pan przeczytał łączą się z jednym – brakiem nadzoru i procedur. Trzecia rzecz – niewpuszczanie farmaceutów na oddziały szpitalne. Zdarza się, że na jednego farmaceutę przypada 200–300 pacjentów szpitala! Tak naprawdę farmaceuta może dokonać wielkich oszczędności dla placówki.

K.B.: Na czym?

M.T.: Na przykład przy podziale leków specjalistycznych.

K.B.: No właśnie. W Radiu Opole mówił pan o nawet 20 tys. zł na jednym pacjencie. Na jakich konkretnie specyfikach?

M.T.: Konkretnych nazw panu nie podam. Ale jeśli mamy dzielone leki, z większych opakowań, to wówczas znacznie bardziej racjonalnie można wykorzystać lek, który jest niezwykle drogi. Pacjent potrzebuje 10 czy 15 ml, a opakowania są po 20 ml, czyli resztę wyrzuca się do kosza. Jeśliby zaś zakupić opakowania po 100 ml i to dzielić, to starczy dla iluś pacjentów i nic się nie zmarnuje. Tymczasem niewielu farmaceutów w aptekach szpitalnych tym się zajmuje. Poza tym ludzie nie garną się tam do pracy, bo farmaceuci w szpitalach słabo zarabiają. Od 2 do 8 tys. na rękę. Są szpitale, które doceniają ich rolę i potrafią zatrudnić farmaceutów na stawkach ordynatorskich.

K.B.: 1800 farmaceutów pracuje w szpitalach. To naprawdę za mało na cały kraj?

M.T.: Oczywiście. Problem jest nie tylko z tym, że tak mało osób tam pracuje, ale że ci, którzy tam są, będą odchodzić. Warto byłoby tych farmaceutów – ze względu na ich finansowy wpływ na placówkę – umieścić w stawkach dla lekarzy. Tymczasem spycha się ich ciągle do stawek dla personelu pomocniczego. A oni mogą być bardzo dużą wartością dodaną. Mogą być traktowani jako wsparcie, a nie jako magazynierzy. Są placówki, w których farmaceuci odpowiadają za przetargi na dziesiątki milionów zł.

K.B.: Czy Inspekcja Farmaceutyczna wcześniej kontrolowała apteki szpitalne i donosiła o nieprawidłowościach?

M.T.: Tak, ale głos NIK jest słyszany znacznie lepiej. Poza tym NIK nie badał tylko jednej apteki, ale dokonał dużego, szeroko zakrojonego badania, które zobrazowało patologie. I nie powinniśmy tych wyników traktować jako epitafium tego co się dzieje, ale jako ostrzeżenie. Bo jeśli się tej sytuacji nie przyjrzymy albo uznamy, że nic się nie stało, to będzie tylko gorzej. Bo jeśli ktoś się pomyli przy wydawaniu leków lub ich nie poda – to będziemy mieli realne zagrożenie dla życia. A lepiej zapobiegać niż leczyć.

K.B.: NIK wnioskuje o wprowadzenie w ustawie Prawo farmaceutyczne minimalnych kwot zatrudnienia w aptekach szpitalnych. Państwo o to zabiegali? W jaki sposób?

M.T.: To były pisma, spotkania, negocjacje…

K.B.: I co ministerstwo na to?

M.T.: Jest skupione przede wszystkim na lekarzach i pielęgniarkach.

K.B.: Co po tym raporcie NIK zamierza zrobić Naczelna Rada Aptekarska? Będą państwo lobbować? Stworzycie jakiś zespół w ministerstwie?

M.T.: Pracujemy nad tym cały czas. Nasza aktywność nie wzrosła po raporcie NIK, bo ona jest cały czas duża. Ale wysyłamy kolejne pisma i apele do ministerstwa o zmianę przepisów w tym zakresie. Pytanie tylko, czy ktoś chce nas słuchać.

K.B.: Już pan o tym wspomniał – dlaczego farmaceuci nie biorą udziału w obchodach i farmakoterapii w szpitalu? I dlaczego powinni?

M.T.: Utarło się u nas, że za leki odpowiada lekarz. I tego nikt nie ma zamiaru podważać. Ale rola farmaceuty skupia się na tym, że może lekarzowi powiedzieć np.: „Ten pacjent jest na leku podawanym dożylnie i można to zamienić na podawanie doustne tego samego leku o podobnej wchłanialności i zostanie nam więcej pieniędzy”. To mądre, bo przecież kosztuje nie tylko sam lek, ale i czas pielęgniarki, pacjent musi być w szpitalu itd. Jeśli to sobie pomnożymy przez liczbę przypadków, w których można takie rozwiązania zastosować, to mamy mądre i sensowne leczenie. A tego dotychczas się nie robiło.

K.B.: Ordynatorzy będą słuchać farmaceutów?

M.T.: Były takie obawy, że będzie z tym problem, ale to nie jest tak, że ktoś przychodzi do lekarza i mu mówi „ty się nie znasz”. Ordynator świetnie zna się na diagnozowaniu. Lekarz nie ma obaw, by wysłać pacjenta do innego specjalisty albo do laboratorium. Farmaceuta robi taką samą pogłębioną diagnostykę, ale w zakresie leków. To tak samo istotne w leczeniu jak diagnoza czy zabieg chirurgiczny. Farmaceutów trzeba zaprosić do współpracy wraz z lekarzami. Jeśli farmaceuta będzie siedział wyłącznie w swojej szpitalnej aptece i lekarz będzie się z nim komunikował, tylko zlecając prace („proszę o wydanie takiej i takiej ilości leków”) to nie będzie tej współpracy. Jeśli zaś farmaceuci będą uczestniczyli w komitetach terapeutycznych, przygotowywali wspólny receptariusz, to te relacje międzyludzkie pomogą w ustawieniu tego systemu współpracy.

Źródło: „Służba Zdrowia” 5/2018

PDF

Zobacz także