Daleko od porodówki
Opublikowano 13 lutego 2026 15:24
Z tego artykułu dowiesz się:
- W Polsce trwa ożywiona debata na temat przyszłości porodówek, które mogą zostać zastąpione nowym modelem tzw. pokoi narodzin. Mimo że NFZ planuje finansować te rozwiązania, pytania o ich realność oraz liczbę miejsc pozostają otwarte.
- Spadek liczby narodzin wpływa na dostępność porodówek, co zmusza kobiety do wynajmowania mieszkań w miastach, aby uniknąć stresu przed porodem. Na Podkarpaciu sytuacja jest szczególnie niepokojąca, gdzie nie ma już ani jednej porodówki.
- Ministerstwo Zdrowia stara się wprowadzać zmiany w modelu opieki okołoporodowej, ale krytycy wskazują, że nie rozwiązują one kluczowych problemów związanych z zamykaniem oddziałów położniczych. W praktyce wiele szpitali nie będzie w stanie lub chętne do otwierania pokoi narodzin z powodu wymogów i ryzyka.
- Pomimo nowych regulacji dotyczących pokoi narodzin, na razie żaden szpital nie złożył wniosku o ich prowadzenie. To budzi wątpliwości co do przyszłości tego modelu i jego rzeczywistej użyteczności w polskiej służbie zdrowia.
Liczba porodówek spada od lat, i to bynajmniej nie kilku. Rzecz oczywista, skoro dramatycznie kurczy się liczba narodzin: jeszcze dwie dekady temu oscylowała ona wokół 400 tysięcy rocznie, w tej chwili jest to ok. 250 tysięcy. Podczas trwającego posiedzenia Sejmu w tej sprawie zebrał się Parlamentarny Zespół ds. Praw Pacjenta – i długo debatowano nad problemem. Długo, ale niekoniecznie konstruktywnie. Strona społeczna przekonuje, że rozumie potrzebę zmian w modelu opieki okołoporodowej, wynikające z demografii i ekonomii. Jest dość oczywiste, że nie da się utrzymać oddziałów porodowych w każdym szpitalu powiatowym czy miejskim – byłoby to wręcz ze szkodą dla bezpieczeństwa matek i dzieci.
Jest też oczywiste, że lwia część rodzących świadomie wybiera szpital i udaje się do niego – zwłaszcza, jeśli jest oddalony od miejsca zamieszkania – odpowiednio wcześnie. Jest jednak coś niepokojącego w przekazywanych podczas posiedzenia informacjach, że na Podkarpaciu, gdzie w części województwa nie ma już ani jednej porodówki, część kobiet wynajmuje mieszkania np. w Rzeszowie, co pozwala im uniknąć stresu w ostatnich tygodniach przed porodem. Eksperci, podzielający argumentację resortu zdrowia, też chyba odczuwają dyskomfort, słuchając takich relacji – nie tak to powinno wyglądać.
Sęk w tym, że Ministerstwo Zdrowia proponuje rozwiązania, które tak naprawdę rozwiązaniami nie są. Na pewno nie problemów, jakie może wygenerować nieskoordynowane zamykanie czy zawieszanie oddziałów położniczych. Od początku resort zapewniał, że w tzw. pokojach narodzin porodów co do zasady nie będzie, bo celem jest to, by kobiety rodziły na porodówkach.
Nie będzie ich tym bardziej, że – jak mówili na posiedzeniu Zespołu przedstawiciele resortu, pokoi ma powstać w skali kraju kilka. Nie każdy szpital, likwidujący porodówkę, będzie się kwalifikował do zakontraktowania takiego świadczenia. – Na pewno nie chcemy, by pokoje narodzin powstawały jak grzyby po deszczu – usłyszeli uczestnicy spotkania. Szpital będzie musiał spełnić warunek minimalnej odległości od najbliższego oddziału położniczego, dysponować odpowiednim zapleczem oraz – last but not least – pozytywną opinią konsultanta wojewódzkiego.
To jednak nie wszystko. Szpital musi mieć też wolę prowadzenia takiego pokoju narodzin. To nie jest oblig, tylko opcja. Jak mówiła w czwartek z trybuny sejmowej wiceminister zdrowia Katarzyna Kęcka, na razie nie wpłynął jeszcze żaden wniosek dotyczący prowadzenia pokoju narodzin. To oczywiście sprawa otwarta, rozporządzenia i zarządzenia w tej sprawie obowiązują od niedawna. Ale szpitale będą kalkulować – nie tylko pieniądze, ale i ryzyko związane z odpowiedzialnością za rozwiązanie, które nie do końca jest uszyte na wyzwania związane z rozrzedzeniem sieci oddziałów położniczych. Czy też raczej z rozrzedzaniem, bo proces jest w toku.









