„Paraliż służby zdrowia”
Opublikowano 20 stycznia 2026 09:04
Chodzę sobie po polskich szpitalach i chodzę i jakoś nie widzę aby to się rozpadało w bezruchu. Wprost przeciwnie, przynajmniej w mojej dziedzinie ruchu jest aż nadto. W mojej dziedzinie (gdzie NFZ już sfinansował ponad 450 terapii CAR-T – z przyległościami po milioniku każda), ale nie tylko mojej. Te dobre kilkadziesiąt robotów DaVinci i setki zabiegów także. To, że jest to może ciągle zbyt mało, jest problemem tylko w bogatych krajach. Parafrazując: „Znaj proporcje, Mocium Panie!”
To, co może szokować w tym systemie to czasy oczekiwania na wizytę ambulatoryjną u specjalisty. Ale to wynika nie z paraliżu, a z niewydolności. A niewydolność jest następstwem tego, że szybciej przybywa ludzi starych i schorowanych niż tych specjalistów, którzy w dodatku muszą nadrobić niedostatki wcześniejszego kształcenia. To ostatnie powoduje, że do specjalisty trafiają pacjenci, którzy powinni być wcześniej rozpoznani i załatwieni.
Większość schorzeń związanych z wiekiem to schorzenia stosunkowo łagodne ale występujące jednocześnie. Kiedyś to załatwiał internista. Teraz każde schorzenie oddzielnie specjalista. I raptem jeden pacjent potrzebuje kilku wizyt i to można jeszcze mnożyć.
Przyjmuję ambulatoryjnie kilkudziesięciu pacjentów tygodniowo. To niby nie jest tak dużo, ale nie o tę liczbę tu chodzi. Zwolnienie z pracy wypisuję 1-2 razy w miesiącu. To oznacza, że ci pacjenci nie wymagają tego zwolnienia. Dlaczego? Ano dlatego, że są w tzw. wieku poprodukcyjnym. Wcześniej byli młodzi i zdrowi. Ale nie tak dawno skierowano do mnie względnie młodego człowieka z kartą DiLO i podejrzeniem chłoniaka. Powodem był jednostronnie powiększony węzeł chłonny pachwinowy. Tylko nikt wcześniej nie zrobił testu na kiłę. Jeżeli do rozpoznania kiły będziemy potrzebowali profesora to nigdy nie rozwiążemy problemu niewydolności służby zdrowia.
Tematy
Wiesław W. Jędrzejczak





