Wiceprezes OIL: Jesteśmy na skraju przepaści. Szpitale są zdemotywowane, żeby leczyć pacjentów….

- W 2018 roku nakłady na ochronę zdrowia wyniosły 4,42 procent. Oznacza to, że jeszcze bardziej spadły… Chlubne zapowiedzi MZ, że nakłady rosną to rządowa propaganda. Nie mogę pogodzić się z tym, iż zostaliśmy oszukani przez rząd podczas podpisywania porozumienia ….- powiedział Medexpressowi Jarosław Biliński, wiceprezes Okręgowej Izby Lekarskiej.
Martyna Chmielewska 2019-10-29 13:28


Martyna Chmielewska: W warszawskim szpitalu na ul. Banacha zamknięto dziewięć sal operacyjnych z powodu braków kadrowych i finansowych. Podobne problemy mają inne placówki kliniczne. Ich zadłużenie wynosi ponad 2 mld zł. Jak poradzić sobie w tej sytuacji?

Jarosław Biliński: Jesteśmy na skraju przepaści. Trudno mi się wypowiadać o szpitalu przy ul. Banacha, ponieważ sam w nim pracuję. Nie chcę być stronniczy. Po wprowadzeniu ustawy o sieci szpitali, placówka jest zdemotywowana do tego, by leczyć pacjentów. Szpital dostał pieniądze na określoną liczbę procedur, które już zostały wykonane. Dyrekcja szpitala czy władze WUM zastanawiają się, czy dalej się zadłużać, czy wprowadzić jakąś racjonalną politykę w szpitalu na granicy właściwie upadku finansowego i wstrzymać przyjęcia planowe. Wiemy, że szpital na Banacha jest to najbardziej zadłużony szpital w Polsce. Ma prawie miliard złotych długu. Moim zdaniem nie mogło być innej decyzji jak zamknięcie sal. I tu będę bronił władz Uniwersytetu i dyrekcji szpitala, ponieważ nie mają wyjścia. Jeżeli zaciągnęliby kolejne długi, to byliby posądzeni o niegospodarność. Nie mieli innego wyjścia. Musieli wstrzymać procedury planowe. Oczywiście pilne, ratujące życie procedury oraz te rozliczane inaczej np. pakiet onkologiczny będą się odbywać. Na tych zmianach najbardziej ucierpią pacjenci. Kolejki do tych świadczeń znowu się wydłużą. Głównym problemem jest finansowanie, a szczególnie widać to właśnie w szpitalach klinicznych, uniwersyteckich czy w instytutach.

M.Ch.: Wiemy, że lekarze nie chcą za bardzo pracować w szpitalach. Wolą podejmować pracę w otwartym lecznictwie. Jak zachęcić lekarzy do pracy w szpitalach?

J.B.: Lekarze omijają specjalizacje, które wiążą się z pracą w szpitalu. Młodsze pokolenia wiedzą, że w momencie, gdy brakuje personelu, leków, narzędzi coraz niebezpieczniej jest pracować w szpitalu, który z zasady ma być tą najważniejszą częścią leczenia osób z najcięższymi chorobami. Lekarz odpowiada za pacjenta. Ludzie wybierają lecznictwo otwarte, starają się pracować na własny rachunek. Budują swoje gabinety czy sieci placówek z kontraktem NFZ. W szpitalu osiemdziesiąt procent czasu poświęcam na biurokrację, czynności administracyjne, koordynację procesów administracyjnych, wysyłanie do MZ różnych, dziwnych formularzy. Na razie zawód asystenta medycznego jest zawodem widmo, bo nie wszedł w życie. Nie kojarzę szpitala, w którym funkcjonowałby asystent medyczny. Gdybym mógł liczyć na asystenta medycznego, przyjąłbym trzy albo cztery razy więcej pacjentów. Lekarze nie chcą pracować w publicznym systemie, gdzie muszą robić rzeczy, które powinny być w kompetencjach innych pracowników.

M.Ch.: Z jakimi ekstremalnymi sytuacjami miał Pan do czynienia w swojej pracy?

J.B.: Codziennie mam do czynienia z ekstremalnymi sytuacjami w pracy. Jestem już do nich przyzwyczajony. Problem niedostępności leków jest bardzo poważny. Już kilkakrotnie zdarzyło się, że musieliśmy opóźniać chemioterapię, bo nie było leków podstawowej chemioterapii, którą stosujemy podczas leczenia pacjentów. Zdarza się, że musimy szukać schematów leczenia w oparciu o inne leki. Ostatnio zabrakło leku dla pacjentów po przeszczepie szpiku, dla profilaktyki przeciw wirusowej. Pacjenci płacą tysiące złotych za lekarstwo, które teoretycznie jest refundowane, ale nie jest dostępne w Polsce. Wysyłamy prośby do MZ o terapie ratunkowe, które są horrendalną biurokracją. Pacjenci chorzy na białaczkę przeżywają dramat z powodu braku leków.
Tak nie powinno być! Apelujemy, żeby nakłady na ochronę zdrowia wzrosły. Nie chodzi tu o nic innego jak o pieniądze, o finansowanie systemu.

M.Ch.: Krzysztof Bukiel w komentarzu „Zgoda, która nie buduje” daje do zrozumienia, że politycy wszystkich opcji zgadzają się ze sobą w pewnych kwestiach. Tłumaczy, że od 30 lat niezależnie od tego, kto rządzi, nakłady na ochronę zdrowia są niskie. Nakłady w ostatnich latach wahają się od 4 do 4,8 proc. Twierdzi też, że zawody medyczne podwyżki mogą otrzymać tylko w wyniku strajków lub innych niepokojów społecznych….Czy Pan się z tym zgadza? Jakie są Pana refleksje w tej kwestii?

J.B.: W 2018 r. nakłady na ochronę zdrowia wyniosły 4,42 procenta. Oznacza to, że w porównaniu do poprzednich lat jeszcze bardziej spadły. Chlubne zapowiedzi MZ, że nakłady rosną to rządowa propaganda. Nie mogę pogodzić się z tym, iż zostaliśmy oszukani przez rząd podczas podpisywania porozumienia. Biorę to na siebie. W całym ferworze protestu i stresu nie dopatrzyliśmy się, że wskaźnik M-2 to liczenie nakładów sprzed dwóch lat. I dziś widzimy tego pokłosie. W 2018 roku nakłady na ochronę zdrowia spadły. To jest coś niewyobrażalnego. Jesteśmy na szarym końcu w UE a nakłady jeszcze spadają. Dlatego zgadzam się z Krzysztofem Bukielem, że polityczne kalkulacje zawsze brały górę nad finansowaniem ochrony zdrowia. Przed wyborami partie obiecują, że zwiększą finansowanie na ochronę zdrowia. Robią to tylko dlatego, żeby zyskać głosy. Aby poprawić sytuację w ochronie zdrowia, trzeba wizji, odwagi i determinacji. Niestety każdy tylko kalkuluje. Nawet jeżeli ktoś ma dobry pomysł i chciałby coś zmienić, to na górze partii „siedzi ktoś kto handluje głosami”. Dlatego zorganizowaliśmy kampanię „Polska to chory kraj”. Wcześniej próbowaliśmy za pomocą protestów, akcji happeningowych wytłumaczyć sytuację służby zdrowia. Nie przyniosło to efektów. Nakłady na ochronę zdrowia spadły, dlatego stwierdziliśmy, że jedyną opcją jest przekonanie społeczeństwa, że sytuacja w ochronie zdrowia jest dramatyczna. Dzięki naszej kampanii ochrona zdrowia była numerem jeden. Po wyborach prawdopodobnie nic się nie zmieni. Partia, która wygrała nie przedstawiła konkretnych zmian. Pozostałe partie prześcigały się propozycjami „urwanymi z choinki”. A co mnie bardziej śmieszy, wszystkie partie nawoływały do ponad partyjnej zgody. Wszystkie partie podpisały tzw. pakt dla zdrowia. Jest on beznadziejny. Ten pakt nic nie zmieni. Nakłady na ochronę zdrowia nie wzrosną. Nie chcemy takiej sytuacji. Musimy informować społeczeństwo, że jest beznadziejnie. Niestety, ten kryzys będzie się pogłębiał. Szpitale będą zamykane. Szkoda tylko, że nikt zastanowi się nad tym, jak rozwiązać ten problem. Szpitale można połączyć, skonsolidować, racjonalnie zaplanować.

M.Ch.: Jak rozwiązać dramatyczną sytuację w szpitalach?

J.B.: Szpitale można połączyć, skonsolidować, racjonalnie zaplanować. Wysocy specjaliści muszą być obudowani dodatkowymi zawodami. Część szpitali trzeba przekształcić w zakłady opieki długoterminowej. Polskie społeczeństwo się starzeje i dramatycznie brakuje łóżek opieki paliatywnej, hospicjów i zakładów rehabilitacyjnych. Nie chcemy likwidacji szpitali w małej miejscowości, gdyż jest on tam głównym miejscem pracy. Skonsolidujmy pracę, tak by np. w obrębie jednej odległości była jedna chirurgia, a nie cztery małe. Trzeba tam przenieść lekarzy i całe zasoby. Trzeba przeznaczyć odpowiednie środki finansowe, aby zrealizować pomysły. Należy przeznaczyć 30-40 miliardów zł aby system zaczął pracować efektywnie.

PDF

Zobacz także