Kto utrzyma porodówki? Dyrektorzy alarmują: obecne wyceny są nie do udźwignięcia
Opublikowano 16 kwietnia 2026 06:12
Z tego artykułu dowiesz się:
- Szpitale stoją przed poważnym dylematem finansowym: Strata na jednym porodzie może wynosić nawet 12 tysięcy złotych, co zmusza dyrektorów do zastanowienia się nad zamykaniem oddziałów położniczych.
- Bezpieczeństwo czy ekonomia? Mimo ogromnych strat, szpitale nie zamykają porodówek, obawiając się, że ich zniknięcie wpłynie negatywnie na dostępność opieki dla lokalnych mieszkańców.
- Kontrowersje wokół "pokojów narodzin": Tylko jeden wniosek o utworzenie takich miejsc został złożony, co pokazuje, że dyrektorzy szpitali mają poważne wątpliwości co do ich efektywności i bezpieczeństwa.
- Nowe rozwiązania w obozie Ministerstwa Zdrowia: Plany dotyczące domów porodowych mogą przynieść zmiany, ale pozostaje pytanie, czy poprawią one poczucie bezpieczeństwa przyszłych matek.
- Wzmocnienie istniejących oddziałów to klucz: Eksperci apelują o wsparcie dla szpitali, które są w stanie zapewnić wysoki standard opieki i równe możliwości dostępu do bezpiecznego porodu dla wszystkich kobiet.
We wtorek w Sejmie obradował Parlamentarny zespół ds. Opieki Okołoporodowej, a dyskusja – z udziałem silnej reprezentacji szpitali - była bardzo burzliwa. Dyrektorzy szpitali w zasadzie jednogłośnie podkreślali, że przy obecnym poziomie wycen utrzymanie porodówek wpędza ich podmioty w poważne, idące w miliony złotych, straty. Jednocześnie szpitale oddziałów nie zamykają, zwłaszcza w tych województwach, gdzie już wcześniej wiele porodówek zniknęło. To, jak mówią, kwesta odpowiedzialności za bezpieczeństwo mieszkańców, bo nad procesem „znikania” nikt nie panuje – ani władze regionalne, ani Ministerstwo Zdrowia. Decyzje, które podejmuje w tej sprawie resort, oceniają zdecydowanie krytycznie. Decyzje, czy też decyzję, bo mowa o tzw. pokojach narodzin.
Szpitale ich nie chcą, czego dowodem jest fakt, że na razie został złożony jeden wniosek, tymczasem od początku roku zamknięto pięć kolejnych oddziałów położniczo-ginekologicznych. Jednym z powodów jest, jak mówili dyrektorzy, „horrendalnie niska” wycena: miesięczny ryczałt opiewa na nieco ponad 260 tysięcy złotych, zaś utrzymanie karetki, która musi być w dyspozycji pokoju to 150 tys. zł, zaś obsady położniczej – 100 tys. zł (pięć położnych to koszt dla szpitala 100 tys. zł). Nie ma przestrzeni na pokrycie innych koniecznych kosztów. Szpitale powstrzymuje też obawa przed konsekwencjami ewentualnych powikłań, jeśli poród musiałby się odbyć w pokoju narodzin – mimo deklaracji MZ, że w pokojach narodzin porodów nie będzie, bo de facto mają to być punkty konsultowania kobiet, u których rozpoczyna się czy trwa akcja porodowa, ale jest czas na ich transport do innych szpitali, już z oddziałem położniczym.
Prof. dr hab. n. med. Ewa Wender-Ożegowska, krajowa konsultant w dziedzinie ginekologii i położnictwa nie zgodziła się z oceną, że wycena za pokój narodzin jest zbyt niska a także z tezą, że prowadzenie w nich porodów jest niebezpieczne. Mają one służyć wyłącznie w sytuacjach wyjątkowych. Przypomniała, że w ubiegłym roku AOTMiT przygotowała nowe wyceny dla procedur ginekologicznych, a w tym roku od lipca jest szansa na wzrost wycen w położnictwie.
Ministerstwo Zdrowia zapewniło, że pracuje nad kolejną koncepcją – domów porodowych, w których przygotowane do tego położne, mogłyby przyjmować fizjologiczne porody po fizjologicznych ciążach. Czy to jednak poprawi poczucie bezpieczeństwa kobiet?
W trakcie dyskusji mocno wybrzmiało przekonanie, że należy wzmacniać te oddziały i szpitale, które są w stanie – infrastrukturalnie i kadrowo – kontynuować przyjmowanie kilkuset (i więcej) porodów rocznie i jednocześnie zapewniać wysoki standard opieki (m.in. gwarantowany dostęp do znieczulenia) i bezpieczeństwo matki i dziecka, jednocześnie przygotowując realne rozwiązanie problemu równej (lub porównywalnej) dostępności do bezpiecznego porodu dla wszystkich rodzących.












