Jakość życia pacjentów wymaga rewolucji. Eksperci: czas przepisać system na nowo
Opublikowano 3 czerwca 2026 06:03
Podczas panelu „Jakość życia jako wspólny cel decyzji zdrowotnych” na X Kongresie Patient Empowerment eksperci, przedstawiciele organizacji pacjenckich oraz decydenci zgodnie podkreślali, że przyszłość ochrony zdrowia wymaga przesunięcia akcentów z leczenia powikłań na skuteczną profilaktykę. Dyskusja pokazała, że w obliczu rosnącej skali chorób przewlekłych – od cukrzycy, przez otyłość, po schorzenia sercowo-naczyniowe – kluczowe staje się inwestowanie w wczesną diagnostykę, edukację i nowoczesne terapie, które nie tylko wydłużają życie, ale przede wszystkim poprawiają jego jakość.
Cukrzyca: po co leczyć następstwa, skoro możemy im zapobiec?
Monika Kaczmarek, prezes Polskiego Stowarzyszenia Diabetyków, oceniła, że jakość życia osób z cukrzycą uległa znaczącej poprawie na przestrzeni ostatnich dekad. Było to możliwe między innymi dzięki pojawieniu się nowoczesnych terapii, których działanie sprowadza się nie tylko do osiągania normoglikemii, ale ma też charakter kardio- i nefroprotekcyjny. Postęp nie oznacza jednak braku wyzwań.
– Życie z cukrzycą nie jest łatwe. Pacjent z cukrzycą typu 1 ma inne wyzwania, niż ten z cukrzycą typu 2. Ta druga często jest utajona przez wiele lat. Zaskakuje nas najczęściej wtedy, kiedy już są powikłania albo dowiadujemy się o niej na przykład podczas jakiejś akcji profilaktycznej. Jeżeli już na początku leczenia wdrożymy odpowiednie narzędzia, połączone z edukacją, podnoszeniem świadomości, to naprawdę zapobiegniemy wielu kosztom. Niestety, nie wszyscy pacjenci mają do tego dostęp. Wyzwaniem są nowoczesne technologie, zespół stopy cukrzycowej – ta lista w diabetologii jest długa, mimo że dużo się już zmieniło – oceniła Monika Kaczmarek.
Forum Ekspertów ds. Cukrzycy zaprezentowało w połowie marca tego roku „Dekalog zmian w opiece diabetologicznej”. Wśród oczekiwań znalazły się: rozwój i lepsze finansowanie opieki, dostęp do nowoczesnego leczenia, m.in. poprzez złagodzenie wskazań refundacyjnych dla analogów GLP-1 oraz udostępnienie nowych innowacyjnych klas leków, utrzymanie list bezpłatnych leków, refundacja osobistych pomp insulinowych dla osób po 26. roku życia oraz systemów ciągłego monitorowania glikemii (CGM) we wszystkich wskazaniach. Forum oczekuje także włączenia do koszyka świadczeń gwarantowanych leczenia zespołu stopy cukrzycowej w oparciu o model szamotulski, równego dostępu do badań, w tym UACR (wskaźnik albumina/kreatynina w moczu) dla placówek POZ niebędących w opiece koordynowanej i ujęcia przesiewu cukrzycy typu 1 w bilansie sześciolatka. W ocenie ekspertów niezbędne jest ponadto wzmocnienie edukacji pacjentów oraz efektywniejsze zarządzanie pieniędzmi pochodzącymi z opłaty cukrowej.
– Każdy z tych 10 punktów jest dla nas bardzo ważny. Czekamy na decyzje Ministerstwa Zdrowia w zakresie włączenia do AOS badań w kierunku cukrzycy typu 1 zarówno dla dorosłych jak i dzieci. Projekt znajduje się obecnie na etapie oceny AOTMiT. Liczymy również na rozszerzenie bilansu sześciolatka o badania diagnostyczne w kierunku cukrzycy typu 1. Bilans sześciolatka to idealny moment na prowadzenie działań przesiewowych, ponieważ praktycznie każde dziecko przechodzi wtedy standardową ocenę stanu zdrowia bez dodatkowego zaangażowania rodziców ani konieczności organizowania osobnej wizyty. Ostatnie decyzje Ministerstwa Zdrowia pokazują, że bilans sześciolatka może być skutecznym narzędziem nowoczesnej profilaktyki zdrowotnej. Niedawne rozszerzenie jego zakresu o lipidogram otworzyło drogę do kolejnych działań profilaktycznych i diagnostycznych. Włączenie badań przesiewowych w kierunku cukrzycy typu 1 byłoby naturalnym i logicznym uzupełnieniem tego procesu. W przypadku cukrzycy ogromną rolę odgrywa czas, którego pacjenci często po prostu nie mają. Po co leczyć następstwa, takie jak przewlekła choroba nerek czy powikłania ze strony układu sercowo-naczyniowego, skoro możemy na samym początku leczenia wdrożyć odpowiednią terapię i zapobiec temu? Na tym nam najbardziej zależy. Cukrzyca nie występuje tylko u dzieci i osób starszych. Występuje u osób w wieku produkcyjnym. O tym powinniśmy pamiętać. Te osoby wracają na rynek pracy, odprowadzają podatki. Jest wpływ, więc mamy zwrot – to jest inwestycja. Będę powtarzała w nieskończoność: to nie są koszty, to jest inwestycja w ochronę zdrowia – apelowała Monika Kaczmarek.
Otyłość: system wciąż lokuje pieniądze na zaawansowaną postać choroby
Cukrzyca typu 2 to jedno z ponad 200 powikłań choroby, o której w ostatnim czasie mówi się coraz więcej i coraz bardziej świadomie – już nie jako o problemie estetycznym, a chorobie właśnie.
– Otyłość jest złą matką wielu chorób, powikłań, w tym m.in. cukrzycy typu 2. Otyłość jest dość widoczną chorobą, wyjątkiem jest otyłość typu TOFI. Do zdiagnozowania teoretycznie wystarczy jedna wizyta u lekarza POZ. Tak to wygląda w teorii, w idealnym scenariuszu. Fundacja FLO to sprawdziła, jak to wygląda w rzeczywistości. Zapytałam naszych ambasadorów, około 30 osób, o to, ile u nich trwała ta diagnoza – powiedziała Katarzyna Kunert z Fundacji na rzecz Leczenia Otyłości (FLO).
Jak się okazało, u wielu z nich trwało to od 8 do 10 lat. Przytoczyła przykład 31-letniego Filipa, który o tym, że choruje tak naprawdę od dzieciństwa, dowiedział się, kiedy trafił do programu KOS-BAR. Skrajnym przypadkiem jest Wojtek, który na diagnozę czekał 50 lat.
– To paradoks, że choć otyłość jest widoczna na pierwszy rzut oka i diagnoza wydaje się prosta, to w tym kraju leczy się tylko jej powikłania. Trudno mieć o to pretensje do lekarzy. Często zdarza się, że nie chcą diagnozować pacjenta, żeby po prostu go nie urazić albo nie chcą tego robić, bo się zajmują wyłącznie powikłaniami – powiedziała.
Prof. Maciej Banach, prorektor ds. Collegium Medicum Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego Jana Pawła II, kierownik Katedry Kardiologii Prewencyjnej i Lipidologii przyznał, że doświadczony lekarz nie potrzebuje mierzyć BMI czy innych wskaźników typowych dla choroby otyłościowej, żeby wiedzieć, że jest to problem natury metabolicznej. Wskazał, że edukacja pacjentów idzie w parze z edukacją lekarzy.
– Pacjenci proszą o tłumaczenie informacji zaczerpniętych z internetu, np. czy spełniają kryteria danego badania diagnostycznego czy leczenia. Ta świadomość pacjentów „zmusza” lekarza do tego, żeby się zaangażować, odpowiedzieć na to pytanie. Trzymam kciuki, żeby większość lekarzy to zrobiła – powiedział prof. Banach.
Na ogromnie istotny problem związany ze świadomością na temat przyczyn choroby otyłościowej zwróciła uwagę dr Małgorzata Gałązka-Sobotka, dziekan Centrum Kształcenia Podyplomowego, dyrektor Instytutu Zarządzania w Ochronie Zdrowia, Uczelnia Łazarskiego.
– Zdrowie zaczyna się wtedy, kiedy dochodzi do poczęcia. To, jakich wyborów dokona matka będąca w ciąży, będzie programowało ryzyko rozwoju choroby otyłościowej. Choroba otyłościowa nie rozwija się dlatego, że ktoś dużo je i mało się rusza. Ona się rozwija dlatego, że zaistnieją pewne czynniki w czasie ciąży. Przyszła mama musi wiedzieć, że to, co je, nie może być odzwierciedleniem tego, że „ja mam zachcianki”. Musi rozumieć, że te zachcianki mogą mieć potem wpływ na to, z jakimi czynnikami ryzyka urodzi się jej dziecko – zauważyła.
Jak wyjaśniła, kolejne uwarunkowania zwiększonego ryzyka pojawiają się we wczesnym dzieciństwie. Również wtedy przyszły pacjent nie ma jeszcze możliwości samodecydowania o wyborach związanych z dietą czy stylem życia.
– Jeżeli później ta matka będzie ulegała agresywnemu marketingowi, który podstawia jej niezdrowe produkty i do śniadaniówki dziecka będzie wrzucała to, co było w promocji w dyskoncie, a nie to, co powinno się znaleźć w diecie, to my tak naprawdę tej jakości życia nie zachowamy. Jakość życia jest warunkowana naszymi wyborami. Właśnie dlatego musimy ułożyć system na nowo. On dzisiaj, biorąc pod uwagę alokację środków finansowych, przede wszystkim lokuje pieniądze na zaawansowane postaci choroby i to w tej fazie, gdzie już nie można mieć wiele tego uzysku zdrowotnego. Największe możliwości, jeśli chodzi o zabezpieczenie swoich potrzeb, ma pacjent z otyłością olbrzymią, bo żadnego kompleksowego leczenia zachowawczego, czy to otyłości u dzieci, czy u dorosłych, nadal w koszyku świadczeń gwarantowanych nie ma – podkreślała.
W jej ocenie należy stworzyć model, w którym wszyscy: lekarze, pielęgniarki, farmaceuci, fizjoterapeuci, zrobią wszystko, żeby pacjenta uchronić przed cukrzycą czy otyłością. Zadanie stoi jednak nie tylko przed uczestnikami systemu ochrony zdrowia i ministrem odpowiedzialnym za ten obszar.
– Jedną decyzją fiskalną można sprawić, że czysta woda nie będzie droższa od wody słodzonej, a dzisiaj tak właśnie jest. To państwo musi sprawić, żeby w polityce budowlanej można było powrócić do tego, że to schody stają się centralnym obiektem budynku, a nie windy. Państwo może sprawić, że reklama wysokoprzetworzonej żywności nie będzie powszechna w polskich mediach, a na pewno, że będzie zakazana, jeżeli dotyczy dzieci i młodzieży. Wielosektorowe ulokowanie zdrowia w polityce państwa to jest ten kierunek, którego nam dzisiaj bardzo w tej rewolucji potrzeba. W samej otyłości musi ze sobą współpracować 14 ministerstw – postulowała.
Hipercholesterolemia: są narzędzia, a jest wykrywana późno, niezależnie od postaci
Choroby sercowo-naczyniowe pozostają główną przyczyną zgonów w Polsce. Odpowiadają za ok. 35-40 proc. wszystkich zgonów rocznie. Każdego roku z ich powodu umiera ok. 180 tys. osób. Narodowy Program Chorób Układu Krążenia (NPChUK) na lata 2022–2032 miał stać się długofalową strategią poprawy diagnostyki, leczenia i profilaktyki chorób sercowo-naczyniowych. Wciąż jednak system ochrony zdrowia zmaga się z wieloma wyzwaniami, takimi jak chociażby wyłapywanie pacjentów wysokiego ryzyka sercowo-naczyniowego. Jednym z tego jaskrawych przykładów jest hipercholesterolemia rodzinna (FH) — jedna z najczęstszych chorób genetycznych, która pozostaje w Polsce dramatycznie niedodiagnozowana.
– Dysponujemy już i wiedzą, i możliwościami, by hipercholesterolemię rodzinną diagnozować bardzo wcześnie. Kluczem sukcesu jest diagnoza postawiona u dzieci, i to im wcześniej, tym lepiej, bo możliwości leczenia mamy już od 6. roku życia. Leczymy całą rodzinę, bo jeśli jeden rodzic ma chorobę, to ryzyko, że dziecko ją odziedziczy, wynosi 50 procent. Postawienie diagnozy i leczenie dziecka bardzo wcześnie daje szansę, że to dziecko będzie żyło tak samo długo jak jego rówieśnik bez choroby. Niestety, dzieci diagnozowane są wciąż średnio w wieku 12 lat, a dorośli – około 45-50 lat. U 12-latka może już zacząć się rozwijać proces miażdżycy. Jeśli diagnozujemy dorosłych dopiero w wieku 50 lat, to to już jest bardzo poważny problem, bo ktoś w wieku 20-40 lat ma nawet stukrotnie większe ryzyko rozwoju choroby niedokrwiennej serca, a w wieku 50-60 lat – zgonu z powodów sercowo-naczyniowych – powiedział w rozmowie z Medexpressem podczas kongresu prof. Maciej Banach.
Zdaniem ekspertów niezbędne są rozwiązania systemowe, obejmujące screening rodzinny, większe zaangażowanie lekarzy POZ i lepszy dostęp do nowoczesnych terapii lipidowych. O ile też podstawowe badania, takie jak lipidogram, są dostępne na wyciągnięcie ręki, o tyle pogłębienie diagnostyki o badania genetyczne jest już kłopotliwe. Kolejki do poradni genetycznej potrafią sięgać od kilkuset do nawet tysiąca dni.
Hipercholesterolemia rodzinna to problem dotyczący nawet 1 na 250 osób. Hipercholesterolemia wtórna, czyli wynikająca przede wszystkim z nieprawidłowego stylu życia (zwłaszcza niezdrowej diety i braku aktywności fizycznej), jest natomiast problemem dotykającym aż 60 proc. polskiej populacji. Co więcej, około 60 proc. pacjentów z hipercholesterolemią w Polsce nie wie o tym, że ma podwyższony cholesterol i nie rozumie znaczenia docelowych wartości terapeutycznych ani związku pomiędzy cholesterolem a ryzykiem zgonu. To ogromne wyzwanie dla systemu ochrony zdrowia.
– To zaszłości, które w naszej świadomości pokutują od lat i dotyczy to nie tylko naszej nacji. Niestety, bywa też tak, że pacjent zostanie uświadomiony, zbada się, dostanie wynik „złego” cholesterolu na przykład 180, a potem od lekarza słyszy, że ma się zacząć martwić, jeśli ten poziom sięgnie 300. Świadomość powinna być więc nie tylko podnoszona wśród pacjentów, ale i w środowisku medycznym – podkreślała w rozmowie z naszą reporterką Agnieszka Wołczenko, prezeska Ogólnopolskiego Stowarzyszenia Pacjentów ze Schorzeniami Serca i Naczyń EcoSerce.
Organizacje pacjentów starają się poprawiać jakość edukacji w społeczeństwie. – Nie wystarczą webinary czy artykuły prasowe. Poza mediami, które są oczywiście konieczne, musimy robić spotkania „face to face”. Dzięki temu ci pacjenci czują się dostrzeżeni, wysłuchani, mogą wymienić się doświadczeniem, zasięgnąć porady specjalisty. Często przychodzą z wynikami swoich badań, z wypisami i to się sprawdza, ludzie tego potrzebują. EcoSerce robi takich spotkań mnóstwo – podkreślała Wołczenko.
Nieodzownym elementem pozostaje również wiedza lekarzy i to, jakimi dysponują narzędziami. – Na nadciśnienie tętnicze mamy kilkadziesiąt leków, które możemy zastosować, w zaburzeniach lipidowych kilkanaście, w otyłości, cukrzycy też mamy już dużą pulę. Jeżeli będzie dobrze wyedukowany lekarz, to dzięki tej wiedzy, jaką posiada, będzie można zastosować najlepsze leczenie dla danego pacjenta – zauważył podczas panelu prof. Maciej Banach.
Jak dodał, sam fakt szerokiej dostępności leków nie rozwiązuje wszystkich problemów. Późno trafiający do lekarza pacjenci zmagają się już z wielochorobowością i wyzwaniem staje się dobór wachlarza terapii dla wszystkich tych problemów.
– W kardiologii mierzymy się teraz z takim problemem, że przychodzi do nas pacjent, który ma nadciśnienie tętnicze, nadwagę, otyłość, stan przedcukrzycowy, nefropatię w przebiegu tych chorób, a do tego pali papierosy i ma podwyższoną lipoproteinę (a). Mamy super leki na każdy z tych czynników ryzyka, ale musielibyśmy zastosować 15 różnych środków. Jakie leki wybrać, jak je połączyć ze sobą, żeby nie było polipragmazji, żeby ten pacjent był adherentny? Jak go przekonać do tego leczenia, jak zrobić, żeby było jak najmniej działań niepożądanych? Rozpoczęły się już prace nad tym, żeby w jednym zastrzyku przyjmowanym raz na rok były trzy małe interferujące RNA: na nadciśnienie, cukrzycę i zaburzenia lipidowe. Trzymajmy kciuki, żeby to się udało – podał prof. Banach.
Profesor zwrócił uwagę na przesuwanie w medycynie środka ciężkości z efektu wyłącznie terapeutycznego na dostrzeganie jakości życia w chorobie.
– Jeżeli ten człowiek cierpi, jeżeli ma mnóstwo chorób współistniejących, to pojawia się pytanie, czy rzeczywiście gdzieś nie popełniliśmy błędu. Projektując wiele badań randomizowanych nie patrzymy już wyłącznie na efektywność lekową, bo to łatwo przewidzieć, ale musi być również bezpieczeństwo i dobra jakość życia – zauważył.
Padaczka: podstawą jakości życia adherencja, podstawą adherencji edukacja
Wspomniana przez prof. Banacha adherencja, czyli stosowanie się pacjenta do zaleceń lekarza, jest nieodzowna w każdej chorobie. Jak podkreślała Alicja Lisowska, prezeska Fundacji EpiBohater, bez adherencji nie da się mówić o jakiejkolwiek jakości życia również w odniesieniu do pacjentów z padaczką.
– Cały czas mówimy o tym, że pacjent chorujący na epilepsję powinien prowadzić tzw. higieniczny tryb życia. To nic innego jak adherencja, a jej podstawowym filarem jest regularne przyjmowanie leków według wskazań lekarskich – nie według tego, co nam się wydaje, co przeczytaliśmy w internecie, tylko według tego, co powiedział nam lekarz prowadzący. Jest to szczególnie ważne, ponieważ wbrew temu, co się powszechnie myśli, padaczka to nie jest jedna choroba, to szereg zespołów. Możemy postawić koło siebie kilka osób w podobnym wieku, tej samej płci, a każda z nich będzie miała inny zespół i będzie reagowała na inne leczenie – podkreślała Lisowska. Jak dodała, kluczowym elementem jest odpowiednio postawiona diagnoza.
– Niestety, w Polsce nie każdy lekarz neurolog specjalizuje się w padaczce. To, do którego iść na wizytę, przekazujemy sobie my pacjenci w wiadomościach prywatnych. Sama na właściwą diagnozę czekałam 15 lat. Z poziomu jednego napadu toniczno-klonicznego z całkowitą utratą przytomności tygodniowo doszłam do stanu, w którym moje napady następują raz na kilka lat. Te napady trudno zrozumieć przeciętnemu Kowalskiemu. Funkcjonując z takim napadem raz w tygodniu, człowiek nie jest w stanie zrobić nic: utrzymać pracy, rodziny, normalnie funkcjonować, bo z tyłu głowy jest to, że w każdej chwili może przyjść napad. Kiedy mam właściwą diagnozę i nowoczesne leczenie bez powikłań, jestem w stanie normalnie funkcjonować i oczywiście pracować, odprowadzać podatki, być rodzicem – mówiła prezeska fundacji.
Adherencja wciąż jest jednak wyzwaniem. Prowadzona przez Alicję Lisowską organizacja przeprowadziła przy okazji Światowego Dnia Adherencji ankietę wśród ponad 200 osób z padaczką. Okazało się, że 89 procent pacjentów ma świadomość, że leki chronią przed napadami, 90 procent rozumie, co lekarz mówi na wizycie i rozumie, w jaki sposób powinien przyjmować leki, ale z drugiej strony połowa pacjentów przyznała, że omija przyjmowanie leków, a 12 procent pomija co najmniej dwie dawki z rzędu.
– To nam jasno pokazuje, że problemem nie jest brak wiedzy, tylko trudność w przełożeniu tej wiedzy na normalne funkcjonowanie. W padaczce musimy być w ścisłym kontakcie ze swoim lekarzem prowadzącym. Tu jest ogromny problem systemowy. W Polsce została wyznaczona ścieżka pacjenta z padaczką, która zakładała trzy ośrodki referencyjne, do których trafiały cięższe przypadki. Ścieżka jest gotowa „na papierze”, ale trzeba ją wdrożyć – mówiła Lisowska.
„Ewolucyjne podejście już się nie sprawdza”
Eksperci zgodnie podkreślali, że o jakości życia polskich pacjentów może decydować proces odchodzenia od medycyny naprawczej na rzecz profilaktyki. W ocenie wiceprezesa Narodowego Funduszu Zdrowia Marka Augustyna znajduje to odzwierciedlenie w programach badań, jakie udostępniane są bezpłatnie obywatelom.
– Jest program „Moje zdrowie”, są programy przesiewowe –kolonoskopia, mammografia, program dla raka szyjki macicy (rekomendowany jest test HPV HR w miejsce dotychczas dominującej cytologii – red.). Wydajemy dużo i nigdy nie ograniczamy wydatków na profilaktykę. To bardzo ważny element, który słabo wybrzmiewa. Mówi się, że ciągle jest za mało pieniędzy na profilaktykę. Jednocześnie wykorzystanie tych narzędzi, które państwo daje jest stosunkowo niskie. Mamy mnóstwo osiągnięć, o których mało mówimy, skupiamy się na słabych punktach. A naprawdę wiele nam się udało. Mamy bardzo dobrze wykształconych medyków, to ogromny potencjał do wykorzystania. W niektórych dziedzinach wręcz nadajemy ton – przyznał Marek Augustyn, podkreślając jednocześnie rolę organizacji pacjentów w kształtowaniu dyskusji na temat kierunków, w jakich ma podążać system ochrony zdrowia.
– Skumulowany głos organizacji pacjentów to już nie jest cichy szept, to mocno wybrzmiewający głos dzwonu. Nie jesteście już tylko głosem doradczym czy opiniotwórczym, ale wpływacie na kształtowanie polityki zdrowotnej w obszarze ochrony zdrowia. Ten głos jest ważny i liczący się, ważne, żeby się rozwijał i był bardziej sprecyzowany, po to, żeby stanowił bardzo konkretny sygnał dla tych, którzy decydują o kształcie polityki zdrowotnej.
Agnieszka Molenda-Wiśniewska z Departamentu Opieki Koordynowanej w Ministerstwie Zdrowia wskazywała natomiast na rolę opieki koordynowanej w optymalizowaniu opieki zdrowotnej w Polsce.
– To, z czego możemy być dumni w opiece koordynowanej, to fakt, że udaje się spinać pewne obszary. Usiadły przy stole trzy środowiska reprezentujące największe obciążenia, jeśli chodzi o choroby, czyli kardiologia, onkologia i neurologia i wspólnie stwierdziły, że mamy te same czynniki ryzyka, że musimy mówić w profilaktyce o tym samym, że siedem z tych czynników można łatwo modyfikować – powiedziała, podkreślając, że akcenty zaczęły się przesuwać z płacenia za leczenie na płacenie za jakość i efekty.
– Jeśli chodzi o technologie lekowe i nielekowe, jesteśmy bardzo zaawansowani. Jeśli chodzi o profilaktykę, w naszym kraju jest wszystko bezpłatnie, tylko trzeba chcieć z tego skorzystać. Myślę, że mimo wszystko to jest kwestia wieloletniej edukacji i budowania świadomości, że każdy z nas powinien wziąć zdrowie w swoje ręce i o nie zadbać tam, gdzie można, poczynając od profilaktyki. Nie chodzi o to, żeby być pacjentem, tylko żeby się nim nie stać. Dużo możemy zrobić sami, a od strony systemowej to pokazywać i wspierać ten kierunek dążenia do jakości życia, i podkreślać jakość w leczeniu – zaznaczyła.
– Musimy zacząć zmieniać paradygmat systemu ochrony zdrowia, który dzisiaj lokuje pieniądze na procedury, nie przyglądając się temu, jaki uzysk zdrowotny osiągamy. Tak naprawdę dziś się myśli przez pryzmat stabilizacji finansów publicznych, że nie możemy wydać więcej na zdrowie, bo mamy dyscyplinę finansów publicznych, mamy dziurę budżetową – podkreślała dr Małgorzata Gałązka-Sobotka.
– Skłaniam się do tego, że ewolucyjne podejście już się nie sprawdza i chyba musimy napisać reguły gry na nowo. Należy zupełnie inaczej ułożyć podejście do roli obywatela we własnym zdrowiu, budując jego narzędzia zupełnie na nowo. Dziś ten system nie mobilizuje obywateli do zwiększonej troski o własne zdrowie. W żaden sposób nie nagradza za to, że stosujemy się do zaleceń. Musimy zupełnie inaczej mówić do obywateli, przenieść na nich narzędzia samoopiekowania i samoodpowiedzialności. Dla wielu pacjentów ta koncepcja może być niewygodna, ale prawda jest taka, że my sami mamy dużo większą sprawczość, żeby sobie zapewnić długowieczność niż minister zdrowia. Minister ma w wielu sprawach związane ręce i w wielu obszarach nie pomoże nam, jeśli sami nie zadziałamy – skwitowała.











