Subskrybuj
Logo małe
Szukaj
banner
Dr n. med. Marek Derkacz, MBA

Odszedł PCOS. Niech żyje PMOS!

MedExpress Team

Dr n. med. Marek Derkacz

Opublikowano 25 maja 2026 09:20

Jak wiemy, w medycynie co pewien czas przychodzą momenty, które na początku wydają się jedynie drobną zmianą nazwy, korektą definicji albo akademickim sporem o terminologię. Dopiero z perspektywy lat widać, że były czymś znacznie ważniejszym, bo symbolicznym końcem pewnej epoki myślenia o chorobie.
Odszedł PCOS. Niech żyje PMOS! - Obrazek nagłówka
Fot. arch. red.

Tak było na przykład wtedy, gdy choroba wrzodowa żołądka przestała być rozumiana wyłącznie jako konsekwencja stresu, temperamentu i nadmiaru obowiązków, a stała się częścią historii, którą dziś zna każdy student medycyny, a mam na myśli historię bakterii Helicobacter pylori. Tak było również wówczas, gdy medycyna zaczęła ostrożniej patrzeć na rozpoznania określane dawniej jako „psychosomatyczne”, odkrywając, że za cierpieniem wielu pacjentów stoją bardzo konkretne mechanizmy biologiczne: immunologiczne, endokrynne, metaboliczne, zapalne.

Być może właśnie dziś jesteśmy świadkami podobnego przesunięcia terminologicznego. Może nie tak spektakularnego w sensie medialnym, ale bardzo istotnego w sensie klinicznym. Przesunięcia, które każe nam ponownie zapytać: czy przez te lata patrzyliśmy na jedną z najczęstszych chorób endokrynologicznych kobiet wystarczająco szeroko?

Przez dziesięciolecia zespół policystycznych jajników (PCOS) postrzegany był przede wszystkim jako choroba jajników. Już sama nazwa prowadziła wzrok i uwagę większości lekarzy w stronę jednego narządu. Kierowała uwagę na obraz ultrasonograficzny, cykl miesiączkowy, owulację, hiperandrogenizm. To oczywiście elementy ważne, często kluczowe diagnostycznie. A jednak wielu z nas, szczególnie wielu klinicystów od dawna miało poczucie, że jajniki są w tej chorobie nie tyle samotnym sprawcą, ile raczej widocznym ekranem, na którym organizm wyświetla znacznie głębszy kryzys metaboliczno-hormonalny.

Pacjentka z PCOS niemal nigdy nie przychodzi do nas wyłącznie z „problemem miesiączki”. Przychodzi często również z towarzyszącym jej zmęczeniem, którego nie umie racjonalnie wytłumaczyć. Z mgłą poznawczą, która odbiera jej dawną sprawność koncentracji. Z narastającym poczuciem utraty kontroli nad własnym ciałem. Z zaburzeniami snu, lękiem, przewlekłym napięciem, przyrostem masy ciała, którego nie da się prosto wyjaśnić wyłącznie dietą czy aktywnością fizyczną. Czasem przychodzi także z doświadczeniem niezrozumienia, bo wyniki badań nie zawsze oddają skalę jej codziennego cierpienia, a nasza medycyna, zbyt mocno przywiązana do pojedynczych parametrów, bywała często wobec takiego cierpienia bezradna. Jeśli spojrzeć na to uczciwie, można odnieść wrażenie, że wiele pacjentek rozumiało istotę tej choroby wcześniej niż współczesna, silnie podzielona na specjalizacje medycyna. Czuły, że problem nie kończy się na jajnikach. Czuły, że dotyczy energii, nastroju, skóry, zmieniającej się masy ciała, snu, apetytu, często zaburzonej płodności, samooceny i codziennego funkcjonowania. Innymi słowy: dotyczy całego organizmu.

Dlatego propozycja zastąpienia nazwy PCOS terminem PMOS: Polyendocrine Metabolic Ovarian Syndrome nie powinna być traktowana jedynie jako zmiana skrótu ani akademicka kosmetyka języka. Jest ona czymś znacznie poważniejszym. To jak się pewnie domyślacie jest to próba odejścia od medycyny pojedynczego narządu i wejścia w erę medycyny sieci powiązań. Nasz organizm migdy nie funkcjonował zgodnie z administracyjnym podziałem na specjalizacje. Insulina wydzielana przez trzustkę nie wie, czy nasza pacjentka siedzi właśnie w gabinecie diabetologa, ginekologa czy może endokrynologa. Mitochondria naszych komórek z kolei nie odróżniają, a tym bardziej nie respektują granicy między metabolizmem, czy psychiatrią i immunologią. Stan zapalny naszej pacjentki nie pyta, który układ „ma dziś prawo chorować”. Kortyzol, leptyna, androgeny, hormony tarczycy, cytokiny, adipokiny i neuroprzekaźniki nie działają w odrębnych pokojach biologii. Tworzą dynamiczną sieć komunikacji, w której zaburzenie jednego „węzła” może wpływać na wiele pozornie odległych objawów. Właśnie dlatego PCOS od dawna wymykało się prostym definicjom. Było zbyt metaboliczne, by pozostawić je wyłącznie ginekologii. Zbyt hormonalne, by uznać je jedynie za problem stylu życia. Zbyt psychofizyczne, by sprowadzić je do nieprawidłowego cyklu. Zbyt wielowymiarowe, by zamknąć je w jednym narządzie.

W Polsce istnieje dziś niemal dziewięćdziesiąt specjalizacji lekarskich. To niewątpliwie triumf naszej wiedzy, precyzji i naukowego rozwoju. Dzięki specjalizacji potrafimy leczyć choroby, które jeszcze niedawno były wyrokiem. Ale jednocześnie coraz wyraźniej ujawnia się pewien paradoks nowoczesnej medycyny: im więcej wiemy o pojedynczych narządach, receptorach i szlakach molekularnych, tym paradoksalnie trudniej jest nam zobaczyć naszą pacjentkę, czy pacjenta jako biologiczną całość. A pacjentka nie choruje „specjalizacjami”. Choruje jako osoba.

Jako lekarz, który od lat patrzy na pacjentów przez pryzmat różnych dziedzin medycyny, coraz częściej mam przekonanie, że przyszłość nie będzie należała wyłącznie do tych, którzy wiedzą najwięcej o jednym hormonie, jednym gruczole czy jednym receptorze. Będzie należała do tych, którzy potrafią dostrzec relacje: między insuliną a mózgiem, między snem a kortyzolem, między tkanką tłuszczową a stanem zapalnym, czy między naszą indywidualną mikrobiotą a odpornością, między metabolizmem a płodnością, między stresem a funkcją jajnika.

Być może właśnie dlatego termin PMOS budzi dziś tak duże zainteresowanie. Nie dlatego, że zmienia nazwę choroby. Ale dlatego, że zmienia pytanie, które zadajemy pacjentce. Dotychczas zbyt często pytaliśmy: „Co jest nie tak z jajnikami? Medycyna XXI wieku coraz odważniej pyta: „Dlaczego organizm utracił zdolność biologicznej synchronizacji? W tej różnicy kryje się początek nowego sposobu myślenia o zdrowiu kobiety. Bardziej całościowego, bardziej odpowiedzialnego i co szczególnie ważne bardziej zgodnego z tym, co pacjentki od lat próbowały nam powiedzieć własnym doświadczeniem.

Co właściwie oznacza PMOS?


P: Polyendocrine, czyli wieloendokrynny.

Choroba nie dotyczy jednego hormonu ani jednego gruczołu. Obejmuje całą sieć hormonalnej komunikacji: jajniki, trzustkę, nadnercza, przysadkę, tkankę tłuszczową, a często również tarczycę i oś stresu. To nie pojedynczy fałszywy dźwięk, lecz rozstrojona orkiestra.


M: Metabolic, czyli metaboliczny.

Ten człon podkreśla rolę jakże istotnej w tym zaburzeniu insulinooporności oraz gospodarki energetycznej komórki, a także przewlekłego stanu zapalnego, mitochondriów oraz zaburzeń metabolizmu glukozy i lipidów. PMOS przypomina, że nie można skutecznie leczyć zaburzeń owulacji, ignorując metabolizm naszej pacjentki, sen, masę ciała, odżywienie, czy aktywność fizyczną i przewlekłe przeciążenie organizmu.


Ovarian, czyli jajnikowy.

Jajniki oczywiście nie znikają z tej definicji. Nadal pozostają ważnym miejscem manifestacji choroby. Zmienia się jednak perspektywa: nie są już postrzegane jako samotne źródło problemu, ale jako element większego układu biologicznego. To zasadnicza różnica - zarówno diagnostyczna, jak i terapeutyczna.


S: Syndrome, czyli zespół.

A więc nie jedna przyczyna, nie jeden objaw i nie jeden laboratoryjny parametr. To zbiór powiązanych zaburzeń, które u każdej naszej pacjentki mogą układać się w nieco inny obraz kliniczny. Jedna kobieta będzie dominująco doświadczać zaburzeń płodności i zaburzeń cyklu, z którymi z naszym doświadczeniem poradzimy sobie. Inna z kolei może mieć problem z hirsutyzmem i trądzikiem, kolejna będzie borykać się z nadmiernym przyrostem masy ciała, lęku, zaburzeń snu i przewlekłego zmęczenia.

Najprościej można powiedzieć tak: PCOS do tej pory „mówiło”: „Problem jest w jajnikach”. PMOS teraz mówi: „Problem dotyczy całego biologicznego systemu, a więc narządów i tkanek powiązanych z jajnikiem”. I właśnie dlatego ta zmiana języka może mieć znaczenie większe, niż początkowo może nam się wydać. Bo w medycynie nazwy nie są obojętne. Nazwy uczą nas patrzeć. A sposób patrzenia decyduje o tym, co zobaczymy i czego, niestety, przez lata możemy nie dostrzegać.

Szukaj nowych pracowników

Dodaj ogłoszenie o pracę za darmo

Lub znajdź wyjątkowe miejsce pracy!

Najciekawsze oferty pracy (przewiń)

Zobacz także

27.11.2012 WARSZAWA , PROFESOR WIESLAW JEDRZEJCZAK W NOWYM ODDZIALE TRANSPLANTACJI SZPIKU W SZPITALU PRZY BANACHA .FOT. ADAM STEPIEN / AGENCJA GAZETA
Prof. Wiesław W. Jędrzejczak

Komórki CAR-T na maturze

18 maja 2026
Msolecka
Felieton Małgorzata Solecka

Edukacja zdrowotna 2.0

10 kwietnia 2026
marek derkacz
3 kwietnia 2026
Msolecka
Felieton Małgorzata Solecka

O edukacji zdrowotnej. Biskupi wiedzą lepiej...

16 maja 2025
Msolecka
Felieton Małgorzata Solecka

Symbole mają wielką moc

22 marca 2025
Dr n. med. Marek Derkacz
Dr n. med. Marek Derkacz

rT3 – cichy sabotażysta twojego metabolizmu

23 września 2024
Katarzyna-Czyzewska-nowe2
17 września 2024
marek derkacz
13 czerwca 2025