Optymalizacja kosztów nie może odcinać dostępu do zabiegów, które ratują życie
Opublikowano 2 października 2026 07:00
Dr hab. n. med. Michał Hawranek:
Musimy mieć świadomość, że choroby sercowo-naczyniowe nadal są pierwszą przyczyną zgonów, zarówno w Polsce, jak i na świecie, także w krajach rozwiniętych.
Mimo intensywnych działań prewencyjnych ten stan rzeczy utrzyma się jeszcze przez wiele lat. Na efekty profilaktyki, przede wszystkim wyraźne zmniejszenie zapadalności na choroby sercowo-naczyniowe, trzeba będzie poczekać. Szczerze wierzę, że je zobaczymy. Dziś jednak żyjemy w czasach, w których interwencje w leczeniu tych chorób mają ogromne znaczenie, i sądzę, że podobnie będzie jeszcze za życia naszych dzieci.
Kardiologia, w tym kardiologia zabiegowa, obejmuje bardzo szeroki zakres interwencji. Wykonujemy zabiegi przezskórne w obrębie tętnic, leczymy wady strukturalne, zajmujemy się elektroterapią i elektrofizjologią. Zakres tych działań jest ogromny, a ich znaczenie dla przeżycia pacjentów i jakości ich życia bardzo duże.
Dobrym przykładem wyzwań, z którymi mierzymy się obecnie, są zabiegi przezskórne u pacjentów ze zwężeniem zastawki aortalnej. To częsta, nabyta wada serca, związana przede wszystkim z wydłużaniem się życia, ale także z jego jakością, która nie jest najlepsza. Jest to wada degeneracyjna. Możemy więc powiedzieć, że żyjemy w czasach epidemii zwężenia zastawki aortalnej.
Według naszych szacunków interwencji może wymagać rocznie od 6 do 9 tys. pacjentów. Do ubiegłego roku udawało nam się systematycznie zwiększać liczbę wykonywanych zabiegów. Wykonaliśmy ich niemal 5 tys. Obecna sytuacja jest obiektywnie bardzo trudna, także z punktu widzenia organizacji systemu, i z całą pewnością doprowadziła do gwałtownego wyhamowania tych procedur.
Dla nas, kardiologów interwencyjnych i kardiologów w ogóle, jest to trudne do zrozumienia, ponieważ mówimy o procedurze, która realnie ratuje życie. Mamy dane wskazujące, że przy oczekiwaniu dłuższym niż sześć miesięcy pacjenci mogą po prostu nie doczekać zabiegu.
Tak drastyczne ograniczenie liczby tych procedur uderza przede wszystkim w pacjentów. Oczywiście problemów jest więcej, ale ten jest dziś szczególnie palący i mówi się o nim w wielu miejscach. Dlatego jako kardiolodzy apelujemy, by umożliwiono nam wykonywanie tych zabiegów w liczbie odpowiadającej potrzebom. Rozumiem, że przy tej skali konieczne są negocjacje. Chodzi jednak o to, żeby kolejki nie rosły.
Obecnie w niektórych regionach czas oczekiwania przekracza nawet dwa lata. Dla pacjentów, którzy czekają na zabieg, jest to bardzo niebezpieczne.
My, kardiolodzy i kardiolodzy interwencyjni, mamy świadomość, że system wymaga optymalizacji. Trzeba jednak pamiętać, że choroby sercowo-naczyniowe są najczęstszym powodem hospitalizacji i najczęstszą przyczyną zgonów. Dlatego działania, które miałyby ograniczać dostęp do tych terapii, trzeba bardzo dobrze przemyśleć i uwzględnić głos środowiska. To my na co dzień mierzymy się z tymi pacjentami i to my musimy tłumaczyć im odroczenia. Informacje o długim czasie oczekiwania są przecież łatwo dostępne w internecie.
Podobnej rozwagi wymaga wprowadzanie nowych technologii. Zdajemy sobie sprawę, że trzeba robić to ostrożnie. Weźmy jednak przewlekły zespół wieńcowy, schorzenie, które osobiście leży mi na sercu, związane z miażdżycą tętnic wieńcowych. To właśnie choroba wieńcowa jest jedną z głównych przyczyn zgonów z powodu chorób sercowo-naczyniowych, przede wszystkim w następstwie zawału serca.
Także tutaj apelujemy, żeby rozwiązania, które dziś dobrze funkcjonują w leczeniu, utrzymać na podobnym poziomie.
Jednocześnie mamy całą grupę pacjentów, u których na szczęście nie dochodzi do zawału serca, ale występują bardzo nasilone objawy niedokrwienia w obrębie układu wieńcowego. Mam na myśli również niedokrwienie niezwiązane z miażdżycą, lecz z chorobą mikrokrążenia.
Uważamy, że szersze wykorzystanie możliwości diagnostycznych, którymi dziś dysponujemy, mogłoby być dla systemu formą optymalizacji. Ta diagnostyka jest mocno osadzona w wytycznych, a w odpowiedniej grupie pacjentów ma rekomendację klasy I. Pozwala postawić rozpoznanie, dzięki czemu pacjent nie musi ponownie trafiać na oddział kardiologii czy ostry dyżur z powodu bólu w klatce piersiowej, którego przyczyna wciąż pozostaje niewyjaśniona. Kolejne pobyty oznaczają powtarzanie badań i procedur, a tym samym generują niepotrzebne koszty.
Mamy do dyspozycji technologię, która w szybki i bezpieczny sposób pozwala postawić rozpoznanie i ustalić, dlaczego u danego pacjenta występuje ból, mimo że nie ma miażdżycy tętnic wieńcowych. Możemy następnie wdrożyć odpowiednie leczenie i ograniczyć niepotrzebne ponowne hospitalizacje.
To częsty problem w codziennej praktyce. Pacjent, u którego wcześniejsza koronarografia nie wykazała zmian, trafia do nas ponownie, a przyczyna jego dolegliwości nadal pozostaje nierozpoznana. Koronarografia bywa więc powtarzana. To zrozumiałe, bo zawsze może pojawić się nowe podejrzenie. Tymczasem mamy możliwość ustalenia rzeczywistej przyczyny objawów.
Według naszych szacunków takie badanie byłoby wykonywane u nie więcej niż 2 tys. pacjentów rocznie. Koszt procedury nie jest wysoki. Przy spodziewanych redukcjach i optymalizacji systemu takie rozwiązanie nie obciążyłoby go znacząco, a wyraźnie poprawiłoby jakość diagnostyki chorób mikrokrążenia i całego układu wieńcowego.












