W cieniu bomby C

Krzysztof Boczek

Opublikowano 05 maja 2018, 12:24

Fot. Thinkstock/Getty Images
Krzysztof Boczek

Opublikowano 05 maja 2018, 12:24

Krzysztof Boczek: Panie profesorze, czy dużo jest takich bojowych gazów jak nowiczok, sarin itp.?

Prof. Marek Kowalczyk: To, co pan wymienił, należy do grupy środków paralityczno-drgawkowych. Najstarszy jest sarin, z 1938 r., ale w czasie drugiej wojny światowej nie został użyty. Podobnie było z somanem, zsyntetyzowanym w czasie wojny, czy amerykańskim VX po wojnie. W odpowiedzi na VX w latach 70., 80., jeszcze przed podpisaniem konwencji (o zakazie stosowania broni chemicznej – 1993 r. – red.), Związek Radziecki pracował nad swoim rodzajem takich związków z myślą o tzw. broni binarnej.

K.B.: Na czym ona polega?

M.K.: Omija ona konwencję o zakazie używania broni chemicznej, bo użyte są w niej np. 2 substancje, które są słabo toksyczne lub nietoksyczne i dopiero w momencie ich połączenia następuje reakcja chemiczna, która tworzy nową, bojową substancję, wysoko toksyczną. Właśnie ta grupa nowiczoków – prawdopodobnie są ich 3 różne typy – do niej należy. Bardzo niewiele wiadomo o nich. Wiemy, że działają bardzo podobnie do VX, który wchłania się przez skórę, błonę śluzową, drogi oddechowe, przewód pokarmowy. VX działa po kilku sekundach, znacznie szybciej niż stosowany w I wojnie światowej iperyt siarkowy, który działa po wielu minutach i godzinach – i zabił już wówczas tysiące osób na froncie zachodnim. Na marginesie – jedno z pierwszych zastosowań broni chemicznej na przełomie 1914 i 1915 r. miało miejsce na froncie wschodnim, na terenach obecnej Polski, pod Bolimowem.

K.B.: Jak bardzo są niebezpieczne takie substancje?

M.K.: Dawka śmiertelna sarinu na skórę to 20 mg na kg masy ciała.

K.B.: Bardzo niewiele! Na 100-kg mężczyznę wystarczyłoby więc 20 gramów.

M.K.: W przypadku somanu do śmierci wystarczy już tylko 5 mg/kg masy ciała. A VX starcza 0,12 mg/kg mc. Domniemuje się, że te nowiczoki mogą mieć podobną siłę działania lub nawet większą niż VX. Dla porównania – iperytu z I wojny światowej potrzeba było aż 100 mg na kg masy ciała, by zabić.

K.B.: Czyli do ataku, w Salisbury, na byłego agenta rosyjskiego wywiadu oraz jego córkę wystarczyłoby tej substancji w naparstku?

M.K.: Oczywiście. Wystarczą wręcz śladowe ilości. Robiłem kiedyś symulacje dotyczące związków fosforo-organicznych (sarin, soman), które pokazują, jak bardzo niebezpieczne to środki. W przypadku ataku terrorystycznego na milionowe miasto możemy mieć nawet do 180 tys. zejść śmiertelnych. Stan reszty byłby zależny od odległości od miejsca skażenia.

K.B.: Jak działają te środki paralityczno-drgawkowe?

M.K.: Nowiczoki działają prawdopodobnie na układ cholinergiczny – podstawowy układ neurotransmisyjny w ośrodkowym i obwodowym układzie nerwowym. Brak jest pewnych danych co do mechanizmu działania, ale eksperci zaliczają je do grupy związków paralityczno-drgawkowych. Mechanizm działania jest związany z hamowaniem aktywności głównie cholinoesteraz, w tym acetylocholinoesterazy występującej w istocie szarej układu nerwowego, zwoja współczulnych, płytkach motorycznych mięśni szkieletewych i błonach krwinek czerwonych. Zablokowanie tego enzymu powoduje stałą stymulację receptorów wrażliwych na neurotransmiter – acetylocholinę i powoduje objawy określane jako zespól muskarynowy i nikotynowy. Pierwsze objawy mamy już w pierwszych sekundach i minutach – zaburzenia ze strony ośrodkowego układu nerwowego. Ostre: śpiączka, zaburzenia świadomości, pobudzenie włókien przywspółczulnych, związane m.in. z wydzielaniem śliny, zwiększonym wydzielaniem śluzu w drzewie oskrzelowym. Ofiara dusi się z powodu zwiększonej ilości wydzielin, przejściowo mamy zwolnienie akcji serca, a potem ono przyspiesza. Łagodne: odległe w czasie to zmiany psychoorganiczne, zaburzenia pamięci, koncentracji. Jeśli mamy pobudzenie ośrodkowego układu nerwowego, to – poza utratą przytomności, nieświadomością, wymiotami – możemy mieć także drgawki (stan padaczkowy). Jeśli te występują na początku tego procesu, to rokowanie może nie być tragiczne. Jeśli zaś drgawki występują po kilku godzinach, to rokowania nie są pomyślne. Ta broń chemiczna ma także inne działanie, które skutkuje efektami w długim czasie. W 1995 r. w tokijskim metrze kasta Najwyższa Prawda zastosowała sarin. Ponad 5 tys. osób zostało skażonych, z czego zmarło tylko 12 osób. Zdrowie 800 poszkodowanych z wyraźnymi objawami zatrucia było potem długo monitorowane. Ja to śledziłem do końca lat 90. i w pierwszej dekadzie tego wieku. Część z tych osób, z różnego powodu, zmarła szybciej, niż to ma miejsce w populacji w Tokio. Dodatkowo liczba nowotworów w grupie monitorowanej była także większa niż w populacji tego miasta.

K.B.: Czym leczyć skażonych?

M.K.: W przypadku sarinu czy VX, jeśli w pierwszych minutach zastosuje się odtrutki, to pacjent ma duże szanse na przeżycie. Jeśli zaś po pierwszych minutach stan będzie się pogarszał, to rokowania są bardzo złe. Jeśli aktywność acetylocholinoesterazy spadnie poniżej 50 proc., to zagraża to już życiu. Każde kolejne minuty spadu zwiększają ryzyko śmierci. Podstawowa terapia to atropina – im szybciej podana, tym lepiej. Do wojska wprowadzono autostrzykawkę z tym środkiem, która dodatkowo zawiera diazepam – substancję przeciwdrgawkową. Każdy żołnierz ma to przy sobie, powinno też być w zespołach ratowniczych. Atropinę stosuje się w dużych dawkach nawet do 2000 mg rozłożonych w czasie. Drugi sposób leczenia to substancja tzw. reaktywująca – obidoksym, którego celem jest odblokowanie tego nieaktywnego enzymu. Ważna rzecz, o której nie wszyscy neurolodzy wiedzą: tylko pierwsze objawy stanu padaczkowego – do 5 minut – są związane ze stanem aktywności cholinergicznej. Potem jest faza mieszana – cholinergiczno-niecholinergiczna i niecholinergiczna, w której uruchamiane są inne neurotransmitery związane z czynnością napadową. Wśród nich najważniejszy neurotransmiter to glutaminian. Na tę aktywację bardzo dobrze działa diazepam, stymulując aktywność receptorów GABA, które hamują aktywność pobudzonych neuronów. Ze względu na zalewanie wydzieliną płuc warto stosować antybiotykoterapię – aby nie było powikłań związanych z zapaleniem płuc.

K.B.: Co z bezpieczeństwem lekarza? Jak on powinien się zabezpieczyć, by leczyć osoby zatrute taką nowoczesną bronią chemiczną?

M.K.: Potrzebny jest strój do ochrony chemicznej – takie powinny być na wyposażeniu szpitali. Mają je także zespoły ratunkowe, strażacy, specjalne oddziały policji – oni także są narażeni na wtórne skażenie. Zwykłe maski, które można kupić w sklepach, są „przebijane” przez te środki, więc nie dają ochrony. Maski z wkładem węglowym najnowszej generacji są skuteczne. Ale słyszałem, że te nowiczoki mają zdolność „przebijania” nawet takich masek. Bardzo istotne jest, by chronić personel przed skażeniem wtórnym. Bo np. przy skażeniach przemysłowych zdarzało się, że podczas prób ratowania 2 osób ginęło 7 innych i to w krótkim czasie – cyjanowodór, siarkowodór. Służby ratownicze powinny nie dopuszczać osób postronnych w pobliże rejonu zagrożenia.

K.B.: Kiedy robi się bezpiecznie w miejscu takiego skażenia?

M.K.: Bezpiecznie w miejscu skażenia jest po dekontaminacji z użyciem chloranów. Związki paralityczno- -drgawkowe, mając kontakt z wilgotnym powietrzem lub deszczem, stosunkowo szybko się rozkładają (hydroliza). Latem szybciej, zimą wolniej. Od kilku do kilkudziesięciu minut latem, do godzin, a nawet tygodni w warunkach zimowych. Najdłużej utrzymują się związki VX. Brak informacji w literaturze fachowej o tym, jak długo te nowiczoki przetrwają w miejscu skażenia.

Źródło: „Służba Zdrowia” 4/2018

Pobierz ten artykuł w formacie .pdf

Tematy

czasopismo Służba Zdrowia / nowiczoki / broń chemiczna / Marek Kowalczyk
PN WT ŚR CZ PT SO ND
1
2
3
4
5
6
7
8
9
10
11
12
13
14
15
16
17
18
19
20
21
22
23
24
25
26
27
28