Subskrybuj
Logo małe
Wyszukiwanie
banner

Zaufanie – bezcenny kapitał lekarza

MedExpress Team

Maciej Biardzki

Opublikowano 25 lutego 2015 11:16

Zaufanie – bezcenny kapitał lekarza - Obrazek nagłówka
Thinkstock/GettyImages
Nie zrzucajmy wobec pacjentów winy na innych: „sorry, taki mamy system”. To nie jest wytłumaczenie wszystkiego. Nie zasłaniajmy się zmęczeniem, bo kilka etatów to nasz wybór, a nie nakaz pracy.
[caption id="attachment_56441" align="alignnone" width="620"]Thinkstock / Getty Images Thinkstock / Getty Images[/caption]

W ostatnich latach bardzo spadło zaufanie w relacjach lekarz – pacjent. Badania opinii publicznej pokazują, że  w porównaniu z innymi krajami zajmujemy jedną z ostatnich niekorzystnych pozycji.

Najłatwiej byłoby powiedzieć, że skoro system działa źle i jest źle oceniany przez ludzi, to i relacje pomiędzy lekarzami a pacjentami, a ogólnie mówiąc pomiędzy pracownikami systemu a konsumentami usług zdrowotnych, też muszą być złe. Tyle, że chyba nie jest to aż takie oczywiste.

Mam przed oczami całą galerię wspaniałych polskich lekarzy, tylko z ostatnich lat, których dokonania nie chcą za nic wpasować się w obraz złego systemu. Kto z czytelników nie był na filmie „Bogowie”, w którym sugestywnie i, co ciekawe, realistycznie opisano samą postać Profesora i jego współpracowników? Postacie prof. Bochenka czy prof. Zembali kształtują obraz polskiej medycyny jeszcze dzisiaj. To przecież prof. Religa ze swoim zespołem są symbolem innowacyjności w polskiej medycynie. I nie chodzi tylko o samą transplantologię, ale o rozwój technik kardiochirurgicznych, kardiologii inwazyjnej, projekt sztucznego serca i wiele innych.

Kolejne przykłady świetnych lekarzy to: prof. Skarżyński, prof. Maciejewski, prof. Skalski i wielu, wielu innych. Prof. Skarżyński w dziedzinie laryngologii, a zwłaszcza diagnozowania i leczenia głuchoty, ustawił poziom polskiej medycyny na poziomie światowym. Prof. Maciejewski poprzez przeszczepianie twarzy także zasłynął na cały świat, zwłaszcza po przeprowadzeniu zabiegu w trybie nagłym. Na marginesie – jeden z pierwszych przeszczepów twarzy, choć nie w polskim szpitalu, także wykonała Polka – prof. Maria Siemionow. Prof. Skalski ze swoim zespołem zasłynął całkiem niedawno, kiedy uratował małego Adasia, znajdującego się w rekordowo głębokiej hipotermii.

A takich wspaniałych lekarzy, znanych w środowisku, choć nie w mediach, jest kolejnych kilka szeregów. Sam w tym miejscu składam hołd prof. Marcinowi Kozakiewiczowi z łódzkiego Szpitala Weteranów, który ze swoim zespołem stworzył program wytwarzania zindywidualizowanych implantów dna oczodołu u osób po urazach twarzoczaszki. Z programu tego skorzystała bliska mi osoba, za co będę wdzięczny profesorowi do końca życia. Ostatnio przeczytałem informację, że po wykonaniu już ponad 300 takich operacji, producent tych implantów otrzymał uprawnienia do ich sprzedaży, co oznacza, że technika ta może zostać upowszechniona.

Przedstawienie tylko tych kilku, spośród wielotysięcznej rzeszy polskich lekarzy, pozwala na stwierdzenie, że obraz polskiej medycyny, jeżeli jest zły, to nie z powodu braku profesjonalizmu polskich medyków. Oczywiste jest także to, że – z drugiej strony – można by przedstawić przynajmniej kilka osób, które się sprzeniewierzyły przysiędze Hipokratesa, które popełniły poważny błąd w sztuce, czy np. wykonywały swoją pracę pod wpływem alkoholu. Nie podejmę się ryzykować twierdzenia, że – oceniając wszystkich lekarzy – otrzymalibyśmy rozkład normalny (Gaussa), w którym liczba lekarzy wybitnych byłaby zbliżona do liczby lekarzy złych, a większość znajdowałaby się w obszarze pewnej średniej. Trudne warunki, w jakich funkcjonujemy – o czym za chwilę – pozwalają domniemywać, że rozkład ten jest wręcz odchylony w kierunku lekarzy dobrych, choć nie jest to w ten sposób odbierane przez społeczeństwo.

Przyjmijmy jednak dla uproszczenia, że nie będziemy pliszkami chwalącymi swoje własne ogonki, i uznamy, że rozkład jest rozkładem gaussowskim, podobnie jak u pracowników wymiaru sprawiedliwości, oświaty i szkolnictwa wyższego, administracji państwowej czy policji. Cóż, zatem, jest przyczyną tego, że nasz system opieki zdrowotnej jest tak źle oceniany przez naszych konsumentów i rośnie w społeczeństwie brak zaufania do profesjonalistów medycznych?

Odpowiedź jest tak prosta, że aż nudna. Brak ludzi, brak pieniędzy, konflikty pomiędzy interesariuszami systemu, które są po raz kolejny wywołane przez brak ludzi, brak pieniędzy itd., itp.

Ostatnio przeczytałem na jednym z portali medycznych ciekawy wywiad z prof. Grzegorzem Opalą, który w przeszłości także był ministrem zdrowia. Pozwalam więc sobie zacytować kilka zdań profesora: „… to jak w leczeniu choroby: można objawowo, można przyczynowo. Czas na sięgnięcie do przyczyn. Skoro w Polsce mamy najniższy wskaźnik liczby lekarzy na 1 tys. mieszkańców (2,2, przy średniej europejskiej 3,4), to trudno oczekiwać cudu. (…) Organizacja ochrony zdrowia to łańcuch. Jeżeli się z niego wymontuje jedno ogniwo, to on nie działa. Jeżeli ktoś coś naprawia, to musi naprawiać od początku do końca (…). Cóż z tego, że przygotuje się następne elementy, jeśli w fazie poczęcia nie rozwiązuje się wszystkiego tak, jak powinno…”.

Wypowiedź prof. Opali jest jedną z wielu, w których do znudzenia się powtarza, że system nie działa przede wszystkim z powodu braku zasobów. Głównie pieniędzy i ludzi. Naprawienie systemu nie jest możliwe bez uzupełnienia wzmiankowanych zasobów do poziomu umożliwiającego realizację postawionych zadań. Zadania można wymieniać w nieskończoność: profilaktyka i propagowanie zdrowego trybu życia, wczesna diagnostyka, skuteczna terapia, rehabilitacja i leczenie długoterminowe, ale też właściwa sprawozdawczość przy realizacji wykonywania zadań, chociażby dla ustalenia wskaźników epidemiologicznych. I tutaj wchodzimy na nieco kruchy lód, ponieważ przy braku zasobów elementy biurokratyczne, które także są niezbędne dla systemu, są powszechnie krytykowane przez jego uczestników.

Przy braku zasobów realizacja zadań wygląda tak, jak często obserwujemy to w naszym systemie. Z braku pieniędzy tanio, przez co nie zawsze skutecznie, a za to z większymi kosztami w okresie późniejszym. Z wszechobecnymi kolejkami, bo z jednej strony brakuje pieniędzy na sfinansowanie świadczeń, z drugiej w wielu miejscach brakuje już potencjału ludzkiego do ich wykonania. Pobieżnie, bo wobec braku potencjału ludzkiego i konieczności prowadzenia wymaganej sprawozdawczości – brakuje po prostu czasu na zajęcie się pacjentem.

I dobrym, i złym – lekarzom, pielęgniarkom i innym profesjonalistom medycznym trudno efektywnie działać w tej swoistej gospodarce dramatycznego niedoboru. Same tylko wymienione wcześniej czynniki sprawiają, że świadczenie usług zdrowotnych staje się prawdziwą katorgą. Z jednej strony są naciski zarządców podmiotów leczniczych, oczekujących efektywności działalności gospodarczej, tzn. wykonywania lepiej płatnych procedur przy niskich kosztach ich wykonania. To prowadzi do selekcji pacjentów, drastycznego cięcia zatrudnienia, oszczędności na terapii i obniżenia standardu socjalnego świadczenia usług. Z drugiej strony brak czasu, który prowadzi do dylematu: czy mam przyjmować pacjentów wolniej, poświęcając im konieczny czas, a następnie wypełniając potrzebną sprawozdawczość – a przez to przyjąć ich mniej, zarobić mniej i wydłużyć kolejki? Czy może poświęcać pacjentowi piętnaście minut, odwalając tym samym lekarską robotę oraz tę nieszczęsną biurokrację? W jaki sposób zaopiekować się w podstawowej opiece zdrowotnej 2500 pacjentami, pozostając w pracy 10 godzin na dobę? Jak zdążyć na czas od jednego pracodawcy do drugiego? Jak w takich warunkach zadowolić naszych pacjentów?

Wydawać by się mogło, że – według wszystkich – odpowiedzialnymi za taką sytuację powinni być organizatorzy systemu: kolejni ministrowie zdrowia i kolejne koalicje rządzące. A tymczasem głównymi odpowiedzialnymi dla opinii publicznej są NFZ i lekarze. Jak to możliwe?

Możliwe to jest dlatego, że w przestrzeni publicznej utwierdzono kilka mocno fałszywych przesłanek. Pierwsza z nich mówi, że system opieki zdrowotnej jest wysoce nieefektywny, lub – jak kto woli – nieszczelny, i dalsze dokładanie do niego jakichkolwiek pieniędzy przed gruntowną jego reformą nie ma żadnego sensu. Powtarzają ten tekst wszyscy, niezależnie od ich przynależności partyjnej, począwszy od Leszka Balcerowicza po obecnie rządzących. Druga teza stanowi, że odbędzie się to kosztem zwiększenia danin publicznych. Łącząc obie tezy odbiorca dowiaduje się, że wyciągną mu pieniądze z kieszeni i wrzucą do worka bez dna, gdzie one się zmarnują bez żadnego korzystnego efektu dla podatnika. Na poparcie tego podaje się zwiększenie środków ze składki zdrowotnej w latach 2003–2014. Szkoda, że nikt nie zauważa, jak w tym czasie zmieniły się szpitale (chociaż nadal są zadłużone), o ile wzrosła średnia długość życia, o ile więcej wykonano operacji, ale też jak wzrosły wynagrodzenia pracowników tego sektora. Żałosne natomiast jest, że nikt nie rozumie, że to jest niewystarczająca substytucja. Że nadal brakuje pieniędzy, żeby zoperować potrzebujących. Że zbyt mało podniesiono wynagrodzenia, aby lekarze nie uciekali na Zachód, a pielęgniarki chciały podejmować pracę po zakończeniu studiów. Kolejną tezą jest to, że kolejki do usług zdrowotnych występują na całym świecie, więc o co chodzi? Tyle, że tam kolejki tworzą się nie dlatego, że skąpi się publicznych środków na leczenie (chyba każdy z nas by chciał, aby pieniądze z podatków szły właśnie na ten cel, a nie na utrzymywanie np. kolejnych osób ściągających z nas podatki), ale dlatego, że i tam występuje brak zasobów ludzkich do wykonania wszystkich świadczeń. Jest to związane ze starzeniem się społeczeństwa i koniecznością udzielania coraz większej liczby usług medycznych. Taka była geneza dyrektywy o prawach pacjenta w transgranicznej opiece zdrowotnej. Nasi przywódcy potrafili przekręcić i to – zamiast zwiększyć finansowanie sektora i wykształcić więcej profesjonalistów, żeby z tej dyrektywy skorzystać, woleli zamknąć granice dla wyjazdu własnych obywateli. Żądając zgody prezesa NFZ na sfinansowanie leczenia za granicą, wprowadzili współczesną wersję limitowanego „paszportu zdrowotnego”. Jak normalny paszport za komuny – nie dla wszystkich.

Trudno zliczyć wszystkie tezy, które sprowadzają się do jednego: nie dać więcej pieniędzy na system opieki zdrowotnej, bo przecież potrzebujemy, np. na wkład własny w inwestycje unijne: autostrady, koleje, bloki energetyczne – dziesiątki miliardów złotych przepuszczanych przez przetargi, dzięki którym wybudujemy sobie pomniki. Jednocześnie rządzący stosują od lat tę samą metodę: w sytuacjach powtarzających się kryzysów – a przecież są one naturalne przy braku potencjału pozwalającego na jego działanie – regularnie przypisują winę realizatorom usług zdrowotnych. Ewa Kopacz uwielbiała przerzucać winę na koncerny farmaceutyczne, co pomogło jej wyjść z twarzą po niezakupieniu szczepionek na grypę AH1N1, a potem po nieudolnym wprowadzaniu ustawy refundacyjnej. Szczególne „zasługi” poniósł na tym froncie Bartosz Arłukowicz, który przez ponad trzy lata, przy każdym kryzysie, wskazywał palcem na winnych. Nigdy nim nie była niewydolność systemu, zawsze tzw. czynnik ludzki. Trudno się zatem dziwić, że przy takiej zmasowanej propagandzie społeczeństwo przestało oczekiwać czegokolwiek od rządzących, zaś oczekuje od nas, abyśmy przestali marnować czas i pieniądze, a wzięli się uczciwie za ich leczenie.

Co zrobić, żeby problem stojący na głowie postawić wreszcie na nogach? Może rzeczywiście rację ma Krzysztof Bukiel. Cóż mówi on o wprowadzaniu pakietu onkologicznego, który jest kolejnym mieszaniem społeczeństwu w głowie, ponieważ szczytne cele chce zrealizować tym samym niewydolnym potencjałem? Mówi – nie protestujmy, nie pokazujmy jego wad, nie tłumaczmy, dlaczego system nie ma prawa wyjść tak, jak obiecują rządzący. Niech go wprowadzą i niech okaże się, że król jest nagi. Tyle że w takiej strategii, oprócz elementarnej obawy o chorych, tkwi jeszcze jedno niebezpieczeństwo. Jeżeli pakiet nie wyjdzie, to kto będzie winny? Rządzący? Nie – historia uczy, że ten ma rację, kto ma większy wpływ na massmedia, a tym kimś nie są lekarze, pielęgniarki, czy zarządzający podmiotami leczniczymi.

Jeżeli w argumentach przytoczonych wyżej jest choć odrobina racji, to oznacza, że trudno będzie profesjonalistom medycznym, głównie lekarzom, uzyskać taki poziom zaufania społecznego, na jaki zasługują. Jest to związane z tym, że oznaczałoby to, że nadzorcy systemu musieliby winę za jego dysfunkcję wziąć na siebie. A jednak…

A jednak w tych trudnych czasach spójrzmy też krytycznie na siebie. Pokażmy, że walka o zwiększenie nakładów na system to nie jest tylko walka o zarobki. Rozumiejąc wagę tego argumentu nie szermujmy nim zbyt często i zbyt głośno. Zwłaszcza, że już spowodowaliśmy kryzys w stosunkach pomiędzy samymi profesjonalistami medycznymi. Pomiędzy różnymi specjalnościami lekarskimi czy pomiędzy lekarzami a pielęgniarkami. Nie zrzucajmy wobec pacjentów winy na innych: „sorry, taki mamy system”. To nie jest wytłumaczenie wszystkiego. Nie zasłaniajmy się zmęczeniem, bo praca na kilku etatach to nasz wybór, a nie nakaz pracy. Jesteśmy wielekroć mądrzejsi od pacjentów na temat ich choroby, ale… to oni są chorzy. Okazujmy im zawsze tę odrobinę empatii, której oczekują i ofiarujmy im na rozmowę chociaż chwilę z tak rozpaczliwie brakującego nam czasu. Inaczej, nawet jeżeli organizatorzy się poprawią, to zaufania pacjentów nie odzyskamy.  A to z kolei jest kapitał lekarza.

Źródło: „Służba Zdrowia

Szukaj nowych pracowników

Dodaj ogłoszenie już za 4 zł dziennie*.

* 4 zł netto dziennie. Minimalny okres ekspozycji ogłoszenia to 30 dni.

Zobacz także