Subskrybuj
Logo małe
Wyszukiwanie
banner

Logika ratuje życie

MedExpress Team

Marcin Mikos

Opublikowano 1 marca 2013 14:00

Logika ratuje życie - Obrazek nagłówka
W ratownictwie medycznym trzeba stale dążyć do doskonałości. Intuicja to za mało – potrzebna jest wiedza i doświadczenie. O problemach systemu ratownictwa medycznego z Przemysławem Gułą, prezesem Instytutu Ratownictwa, rozmawiał Marcin Mikos.

gula -aut.mikos

W ratownictwie medycznym trzeba stale dążyć do doskonałości. Intuicja to za mało – potrzebna jest wiedza i doświadczenie. O problemach systemu ratownictwa medycznego z Przemysławem Gułą, prezesem Instytutu Ratownictwa, rozmawiał Marcin Mikos.

Najwyższa Izba Kontroli, mimo stwierdzenia pewnych uchybień, pozytywnie ocenia system ratownictwa medycznego w Polsce. Czy także Pana zdaniem jest to już system dojrzały, sprawny, w pełni funkcjonalny? 

Pamiętam pogotowie z początków lat 90. ubiegłego wieku i rzeczywiście zmiana jest kolosalna. W ratownictwie musimy jednak dążyć do doskonałości, ciągle widzimy cały szereg niedociągnięć, które można poprawić w poszczególnych elementach systemu. Bardzo wysoko oceniłbym w tym momencie poziom działań przedszpitalnych. Natomiast wydaje mi się, że poziom oddziałów ratunkowych ciągle jeszcze wymaga bardzo dużej poprawy. Podobnie jest z systemem powiadamiania ratunkowego, gdzie też dużo się robi, ale bardzo trudno mówić w tym momencie o sprawności działania tego systemu w skali kraju. 

Mija 12 lat od czasu wprowadzenia pierwszej ustawy o ratownictwie medycznym, pierwszej próby budowy systemu powiadamiania ratunkowego. Dziś właściwie jesteśmy w punkcie wyjścia. W międzyczasie na zmieniające się koncepcje straciliśmy miliardy złotych... 

Odnoszę wrażenie, że w tej dziedzinie bardziej skupiamy się na tym, kto ma to zrobić, aniżeli na tym, jak ten system ma wyglądać. I jest to problem, który powodował, że przez kilkanaście lat rzeczywiście zmieniały się koncepcje teleinformatyczne. Zmieniały się rządy i kolejne rozwiązania wyrzucano do kosza. W efekcie może nie jesteśmy w punkcie wyjścia, ale na pewno nie możemy mówić,  w odróżnieniu od całej reszty ratownictwa w Polsce, o jednolitym zintegrowanym systemie powiadamiania ratunkowego. Według założeń system powiadamiania miał integrować wszystkie instytucje, które są konieczne w każdej nagłej sytuacji do reagowania na zdarzenia. To się jednak dotychczas nie powiodło.  

Czy nie wyważamy otwartych drzwi? Dlaczego nie korzystamy z międzynarodowych rozwiązań, które z powodzeniem od lat funkcjonują np. na Słowacji czy w Czechach?  

Myślę, że tak samo trzeba spojrzeć na oddziały ratunkowe – dlaczego powielamy po kolei wszystkie błędy, które przerobiono w bardzo wielu miejscach na świecie, zamiast korzystać od razu z tych rozwiązań, które już są sprawdzone. W organizacji takich struktur nie ma jakiejś specyfiki polskiej. Ci, którzy tworzą i odpowiadają za system, chyba nie lubią czytać. Czym innym jest oglądanie systemu i wycieczka do Ostrawy, żeby zobaczyć, jak wygląda rozwiązanie modelowe. Fajną rzeczą jest konferencja robiona przez firmę, która przedstawia pewien produkt. Natomiast jest to zbyt mało, by zbudować system. W Polsce nie prowadzono żadnych rzetelnych analiz, jeżeli chodzi chociażby o strukturę wyjazdów, strukturę wezwań, charakter ich ciężkości, czasy operacyjne. Z pewnością dlatego, że nawet nie było możliwe zbieranie tego typu danych. Takie analizy to podstawa do podejmowania decyzji w ratownictwie. Niestety, nadal wiele rozwiązań jest wprowadzanych na zasadzie intuicji, czyli wydaje się nam, że tak będzie lepiej. Potem okazuje się, że jednak nie było.  

Po raz kolejny wydłużony został okres przejściowy dopuszczający obecność w karetkach specjalistycznych lekarzy niespełniających wymogów systemu. Skąd bierze się przekonanie, że jakikolwiek lekarz w karetce będzie panaceum na wszystkie problemy medycyny ratunkowej?

 Pamiętam, jak w czasie pierwszych Mistrzostw Polski w Ratownictwie Medycznym w 2003 roku z zespołami lekarskimi konkurowały niemogące wtedy formalnie działać zespoły złożone tylko z ratowników medycznych. Już wtedy zobaczyliśmy, że ratownicy nie są ani trochę mniej sprawni, ani trochę gorsi od lekarzy. Jako Instytut Ratownictwa Medycznego promowaliśmy właśnie takie rozwiązanie, co spotkało się z ogromną krytyką świata lekarskiego. Przyszła nowa ustawa i okazało się, że problem nie istnieje, a ratownicy działają bardzo sprawnie. Myślenie, że w karetce musi być jakikolwiek lekarz – to mit i niestety rozwiązanie, które się nie sprawdza. Wielu moich kolegów lekarzy w rozmowach nieoficjalnych mówi: „jeżeli nie daj Boże będę miał wypadek, to nie chcę, żeby przyjeżdżała do mnie karetka z lekarzem”. W części podzielam to zdanie, choć znam wielu znakomitych ludzi, którzy są świetnymi lekarzami ratunkowymi. Ale czy ich miejsce jest rzeczywiście w karetce? O wiele bardziej istotne, aby lekarzami medycyny ratunkowej obsadzić oddziały ratunkowe, gdzie ich rola jest kluczowa.  

Tutaj musimy chyba przejść ewolucję mentalności? 

Z systemów, które znam, jeden przeszedł podobną drogę – system z Izraela. Zrozumiano tam, że dyspozytor, mając do dyspozycji karetkę z paramedykami i karetkę z lekarzem, do zdarzenia dysponuje i tak tę, która jest bliżej zdarzenia. W małych miejscowościach, w dużych odległościach od szpitali, przeważnie stacjonowały zespoły podstawowe, jeżdżące praktycznie do wszystkiego. System zatem nie dawał możliwości wyboru: miał reagować ten, który jest najbliżej, ten, który dotrze najszybciej. W związku z tym w Izraelu stwierdzono, że nie ma żadnego sensu utrzymywania lekarzy w zespołach ratownictwa medycznego. Według międzynarodowych badań prowadzonych na Uniwersytecie Sheffield, zaawansowane działania medyczne

w postępowaniu przedszpitalnym, które mogą wykonywać tylko lekarze, sięgają ok. 2 proc. wszystkich wyjazdów. To znaczy, że w 98 proc. przypadków sprawniej i szybciej będą działali paramedycy stosujący filozofię zaopatrzenia poszkodowanego zgodnego z procedurą oraz dostarczenia go do szpitala, a nie spędzania bardzo dużej, czasami niepotrzebnej ilości czasu na miejscu zdarzenia.  

Reasumując: czego  wymaga system ratownictwa w Polsce, aby rozwinąć skrzydła?

Przede wszystkim odnoszę wrażenie, że mamy do czynienia z dwoma nieprzenikającymi się zupełnie środowiskami – ludzi, którzy są praktykami, nieprawdopodobnie doświadczonymi w tym, co robią w ratownictwie, oraz całą grupą decydentów, którzy tworzą kształt i ramy pracy tych pierwszych, nie mając tak naprawdę o tym żadnego pojęcia… I myślę, że to jest chyba jeden z głównych problemów ratownictwa. Poza tym środki, które są przeznaczone na ratownictwo w Polsce, można by o wiele bardziej racjonalnie wydawać.  Osiągnęliśmy w pewnym momencie skrajną dysproporcję środków przeznaczanych na wynagrodzenia, rozwój, szkolenie ludzi w stosunku do tego, ile wydajemy na sprzęt. Standard wyposażenia karetki w Polsce jest często nawet wyższy niż w USA, w Kanadzie czy w Izraelu. Natomiast ogromna dysproporcja występuje w sferze wynagrodzenia. Co to znaczy? Nie doceniamy zupełnie kapitału ludzkiego – to jest rzecz, którą sugerowałbym naprawić w dalszych działaniach. Wydaje mi się również, że wprowadzenie przynajmniej śladów logiki do tego systemu, zwłaszcza w odniesieniu do działania oddziałów ratunkowych, znacznie mogłoby usprawnić ich funkcjonowanie. Nie chcemy tego dostrzegać, ale często tym, co przyciąga ludzi do SOR, tym, co powoduje, że dalej wzywają zespół ratownictwa medycznego – jest właśnie dobra jakość opieki, którą można uzyskać na dodatek znacznie szybciej aniżeli np. w niewydolnym POZ czy też w opiece całodobowej. Im jesteśmy lepsi, tym liczba pacjentów będzie większa. Na to nie mamy żadnego wpływu.

Cały wywiad z Przemysławem Gułą można przeczytać w lutowym wydaniu magazynu Służba Zdrowia.

Szukaj nowych pracowników

Dodaj ogłoszenie już za 4 zł dziennie*.

* 4 zł netto dziennie. Minimalny okres ekspozycji ogłoszenia to 30 dni.

Zobacz także