Prof. Jan Hartman: "Informatyk może zarabiać 100 tysięcy, bo nie ma etosu". Lekarz już nie, bo etos ma cz. II
Opublikowano 16 lipca 2026 13:57
W debacie publicznej wokół zarobków lekarzy padło już wiele mocnych słów. Przyzwyczailiśmy się do haseł o "pazerności", "żądzy pieniądza" i "porzuceniu powołania". Rozmawiając z prof. Janem Hartmanem - filozofem i etykiem z Collegium Medicum UJ oczekiwaliśmy merytorycznej analizy systemowych problemów ochrony zdrowia.
Otrzymaliśmy jednak teorię opartą na dość specyficznej hierarchii moralnej i głębokim akademickim paternalizmie. Chodzi o próbę uzasadnienia, dlaczego to akurat lekarze - i w zasadzie wyłącznie oni - są tak surowo rozliczani z wysokich zarobków na publicznych kontraktach, podczas gdy inne grupy zawodowe pracujące dla państwa mogą spać spokojnie. - Nad nimi nie ciąży ten etos zawodowy, który jest zapisany w Polskim Kodeksie Etyki Lekarskiej. Branie nadmiernego wynagrodzenia przez zatrudnionego przez państwo informatyka na stanowisku państwowym jednak nie przynosi jakiejś wymiernej, konkretnej krzywdy nikomu - usłyszeliśmy z ust profesora.
Z tej wypowiedzi wyłania się osobliwy wniosek: jeśli informatyk, prawnik czy menedżer w państwowej spółce wyciąga z publicznej kasy 100 tysięcy złotych miesięcznie, to wszystko jest w porządku. Dlaczego? Ponieważ nie chroni go żaden "etos".
Kiedy jednak lekarz - w obliczu dramatycznego braku rąk do pracy i walących się grafików dyżurowych - wynegocjuje z dyrektorem szpitala stawkę rynkową, profesor bez wahania ocenia to w kategoriach przestępstwa: - Natomiast jeżeli lekarz od swojego szpitala bierze na przykład sto pięćdziesiąt tysięcy wynagrodzenia, czyli okrada na dobre sto tysięcy, swój szpital, to szkodzi konkretnym pacjentom tego właśnie szpitala. Używanie słowa "okrada" w stosunku do legalnie wynegocjowanej umowy cywilnoprawnej, którą dyrektor szpitala podpisał (często dlatego, że alternatywą było zamknięcie oddziału), wydaje się sporym nadużyciem.
Profesor idzie o krok dalej i proponuje ręczne sterowanie gospodarką: - Nie rynek. Po to mamy państwo, żeby było ponad rynkiem. Tym samym zakłada, że państwo może dowolnie kształtować wynagrodzenia, ignorując mechanizmy rynku pracy. Tymczasem lekarze, podobnie jak inni specjaliści, podejmują decyzje także pod wpływem warunków ekonomicznych. Jeśli publiczny system będzie oferował znacząco gorsze warunki niż sektor prywatny lub zagraniczne rynki pracy, część personelu może ograniczyć pracę w nim albo odejść. Dlatego polityka płacowa w ochronie zdrowia musi uwzględniać zarówno cele społeczne, jak i realne zachowania pracowników.
Niestety, argumentacja profesora prowadzi do dość smutnego wniosku: lekarz w Polsce powinien zarabiać mniej właśnie dlatego, że... wykonuje zawód z misją.
Wina Tuska?
Ale ta logika nie kończy się na wynagrodzeniach lekarzy. W wizji prof. Hartmana państwo nie tylko powinno regulować wysokość zarobków przedstawicieli zawodów medycznych. Powinno również aktywnie kontrolować zachowania obywateli i polityków w ramach systemu ochrony zdrowia. - Donald Tusk nie znalazł ani minuty tam na tym swoim piątym piętrze na Wiejskiej, żeby się zastanowić: kurczę, tam tyka jakaś bomba. Słuchaj ty, Kierwiński, ty tam sprawdź, czy tam nasi gdzieś nie chodzą do jakiejś tam przychodni w jakimś szpitalu poza kolejką. Proponowana przez profesora wizja zakłada więc, że premier powinien osobiście inicjować kontrolę tego, czy politycy korzystają z systemu ochrony zdrowia na równych zasadach.
Trudno jednak nie zauważyć, że jest to podejście oparte bardziej na ręcznym nadzorze i kontroli konkretnych osób niż na tworzeniu przejrzystych mechanizmów, które zapobiegałyby takim sytuacjom systemowo.
Nie oznacza to oczywiście, że system ochrony zdrowia powinien być pozbawiony kontroli, a osoby publiczne zwolnione z obowiązku przestrzegania zasad. Problem polega na tym, że skuteczne państwo nie działa poprzez poszukiwanie winnych i osobisty nadzór polityków, lecz poprzez tworzenie procedur, które ograniczają możliwość nadużyć.












