Resort dla kamikadze
Opublikowano 5 maja 2026 14:00
Pytana, czy chciałaby objąć stanowisko szefowej resortu zdrowia, Joanna Wicha odpowiada bez wahania: - Jasne, od początku to mówię.
Wtorkowa rozmowa z posłanką Lewicy na antenie radia TOK FM jest swoistym kontrapunktem dla ciężkich chmur, jakie wiszą nad ochroną zdrowia od kilku miesięcy, nabierając z każdym tygodniem coraz bardziej ołowianych barw. Ten głos to jakby znak, że nie musi się to, co wszyscy widzimy i przeczuwamy, skończyć gargantuiczną burzą.
I ten optymizm nie jest oparty o ludową mądrość, według której po burzy zawsze jednak wychodzi słońce, ale wiarę – że może ta spodziewana burza, ten kataklizm, jednak przejdzie bokiem. Przekładając z meteorologii na ochronę zdrowia: ze premier się zmityguje, uzna racje Lewicy, pozwoli przynajmniej rozpocząć procedowanie rewolucyjnych (bez ironii i dwuznaczności) propozycji, które mają sprawić że na zdrowie przeznaczalibyśmy nie ok. 6 proc. PKB (wydatki publiczne) ale 9 proc. PKB. Czyli – o 50 proc. więcej.
Tyle, że premier się nie zmityguje. Donald Tusk powiedział to bardzo wyraźnie w ostatni czwartek, zamykając temat ewentualnych dodatkowych pieniędzy na zdrowie. Szef rządu jasno wskazał, że ochrona zdrowia musi sobie radzić w ramach środków, jakie zostały przeznaczone w budżecie na 2026 rok. Co oczywiście nie oznacza, że do Funduszu nie popłyną żadne środki, ale będą to pieniądze z puli ministra zdrowia. Kosztem innych wydatków, ale to nic nowego. I raczej na pewno nie pozwolą na zasypanie luki, więc choć premier nie powiedział tego wprost, przekaz jest oczywisty. Dotychczasowe cięcia, wdrożone przez NFZ, to zaledwie preludium.
Lewica przekaz nie tylko zrozumiała, ale wręcz antycypowała, bo przemawiająca w debacie nad wnioskiem o wotum nieufności dla minister Jolanty Sobierańskiej-Grendy Anna Maria Żukowska, zwracając się do premiera, stwierdziła, że niełatwo będzie razem wygrać wybory, jeśli nie zmieni podejścia do ochrony zdrowia.
Ale załóżmy, że miałby zmienić. Czy naprawdę politycy Lewicy sądzą, że Tusk znajduje sposób na zasilenie systemu ochrony zdrowia kwotą kilkudziesięciu miliardów złotych (a niechby i stu, co jest równie prawdopodobne) i oddaje resort mniejszemu koalicjantowi, zamiast wzmocnić tym sukcesem w kurczącej się perspektywie wyborczej pozycję sondażową własnej partii? Chmury wiszące nad zdrowiem to nie obłoki, by w nich bujać.
Owszem, krąży w politycznych kuluarach plotka – może bardziej są to nawet dywagacje, snucie scenariuszy, poszukiwanie wyjścia z patowego położenia – że latem, gdy jednak szef rządu zdecyduje się na rekonstrukcję a obecna ekipa w MZ podejmie kluczowe trudne decyzje oszczędnościowe i społecznie wypali się do końca, Ministerstwo Zdrowia zostanie „dopolitycznione” i oddane Lewicy. Bez pieniędzy, być może z zielonym światłem na rozpoczęcie prac koncepcyjnych, wstępnych, nad projektem Wojciecha Koniecznego, prac, o których z góry będzie wiadomo, że przed końcem kadencji nie wyjdą z uzgodnień międzyresortowych, o co zadba resort finansów.
Jeśli do rekonstrukcji dojdzie i jeśli obejmie ona resort zdrowia (nie jest to przesądzone, ale trudno ten scenariusz wykluczyć), szef rządu będzie szukać chętnych na etat kamikadze, misji straceńczej, bez wsparcia, bez specjalnie dużego pola manewru. Gotowych na utrzymanie kursu „racjonalnego gospodarowania tym, co jest”. Czy będą chętni? Raczej na pewno. Czy będą wśród nich politycy, zważywszy, że do wyborów pozostanie nieco ponad rok? Raczej trudno to zakładać.
Tematy
Joanna Wicha / Lewica / wydatki publiczne / Ministerstwo Zdrowia / NFZ / ochrona zdrowia / Donald Tusk










