Solidarność zaczyna się lokalnie
Opublikowano 9 października 2026 10:42
O tym, jak w warunkach wojny budować i utrzymywać taką wspólnotę, rozmawiano 24 września br. podczas konferencji „Samorząd w czasie wojny i kryzysu. Jak skorzystać z doświadczeń ukraińskich?”, która odbyła się w Warszawskim Uniwersytecie Medycznym. Spotkanie poświęcone było przede wszystkim praktycznym doświadczeniom ukraińskich samorządów: pierwszym godzinom kryzysu, ewakuacji mieszkańców, ciągłości działania usług publicznych, ochronie infrastruktury i zdrowia, komunikacji oraz współpracy z mieszkańcami.
Wśród osób, które przyjechały do Warszawy, byli przedstawiciele władz lokalnych i regionalnych z różnych części Ukrainy – także tych, które od początku pełnoskalowej wojny znalazły się bezpośrednio pod ostrzałem. Ich relacje pokazywały, że w sytuacji kryzysowej o przetrwaniu wspólnoty decydują nie tylko procedury i infrastruktura. Równie ważne okazują się zaufanie, wzajemna komunikacja i przekonanie mieszkańców, że nawet w najtrudniejszym momencie samorządowcy pozostają na miejscu i nadal wykonują swoją pracę.
„Żaden kierownik swojej wspólnoty nie przestał pracować”
Mocno wybrzmiało to w wystąpieniu Tetyany Yehorovej-Lutsenko, przewodniczącej Charkowskiej Rady Obwodowej i prezeski Ukraińskiego Stowarzyszenia Rad Rejonowych i Obwodowych. Opowiadając o pierwszych dniach rosyjskiej inwazji, podkreślała, że lokalne instytucje musiały działać mimo zniszczeń i bezpośredniego zagrożenia.
– Jako przewodnicząca regionu mogę powiedzieć, że byłam pewna do ostatniego dnia, że nie zostawię swojego regionu i że będę pracować na miejscu z ludźmi. W związku z tym, że pierwszego tygodnia został zniszczony budynek naszej administracji wojskowej, rady obwodowej, byliśmy w piwnicach, żeby kontynuować pracę na miejscu. Jednak żaden kierownik swojego miasta, swojej wspólnoty nie przestał pracować. Nasza rada zebrała się online i radni zagłosowali, że Charków nie chce wejść w skład Federacji Rosyjskiej – mówiła.
Ukraińskie doświadczenia przedstawione podczas konferencji pokazywały zresztą, że solidarność nie oznacza wyłącznie pomocy udzielanej w chwili największego zagrożenia. To także codzienne utrzymywanie funkcjonowania miejscowości, zapewnianie pracy, edukacji, opieki zdrowotnej czy dostępu do podstawowych usług.
Dimitri Pavlov, przewodniczący Rady Rejonu Pawłohradskiego w obwodzie dniepropietrowskim, mówił o tym na przykładzie zachodniego Donbasu. Pawłohrad, liczący obecnie ponad 100 tys. mieszkańców, przyjął również osoby przesiedlone z innych części Ukrainy. Mimo wojny funkcjonują tam przedsiębiorstwa, wypłacane są wynagrodzenia, mieszkańcy płacą podatki, działa przemysł wydobywczy, chemiczny i mleczarski, a siedem lokalnych wspólnot prowadzi działalność rolniczą.
– Osobliwość dzisiejszych czasów polega na tym, że życie się nie zatrzymuje, także w przypadku Pawłohradu i zachodniego Donbasu toczy się ono dalej. Ludzie otrzymują wypłaty, przedsiębiorstwa dalej pracują, ludzie płacą podatki do budżetu państwowego – mówił Dimitri Pavlov.
W jego wystąpieniu ważne miejsce zajęła współpraca pomiędzy poszczególnymi wspólnotami. Już w pierwszym tygodniu wojny w obwodzie dniepropietrowskim stworzono mechanizmy komunikacji, dzięki którym osoby kierujące poszczególnymi wspólnotami mogły informować się wzajemnie o aktualnej sytuacji i otrzymywać informacje zwrotne.
– Pozwoliło nam to zbudować wzajemne kontakty. Obecnie wygląda to tak, że wspólnie szukamy rozwiązań, na przykład w temacie zakwaterowania, świadczeń socjalnych, pomocy medycznej, edukacji czy zatrudnienia – podkreślał.
Mieszkańcy to część systemu bezpieczeństwa
W Chersoniu skala zniszczeń i depopulacji całkowicie zmieniła funkcjonowanie lokalnej wspólnoty. Natalia Chornenka, zastępczyni burmistrza ds. działalności organów wykonawczych rady miasta, mówiła, że po zniszczeniu zapory i elektrowni wodnej w Kachowce, a także w wyniku kolejnych ostrzałów, liczba mieszkańców miasta spadła o 77 proc. Ci, którzy pozostali, to w dużej mierze osoby starsze, potrzebujące wsparcia, osoby z niepełnosprawnościami oraz rodziny z dziećmi. W takich warunkach nie wystarcza już samo działanie urzędu.
– Odporność naszej wspólnoty opiera się na trzech filarach. Pierwszym jest władza – koordynacja, reagowanie kryzysowe, ciągłość świadczenia usług. Drugim jest społeczeństwo obywatelskie – aktywni ludzie, wolontariat, pomoc partnerów, więzi poziome. Trzeci filar to partnerstwo – zasoby, wiedza ekspercka i wsparcie międzynarodowe. Odporność naszej wspólnoty to system współpracy – wymieniała Natalia Chornenka.
W Chersoniu ten system powstawał w odpowiedzi na kolejne kryzysy. Z czasem kolejne zdarzenia nie zaczynały się już od zera. Wypracowano procedury dotyczące ostrzałów, pożarów, ewakuacji czy pomocy mieszkańcom. Służby wiedzą, gdzie kierować poszkodowanych, które placówki mogą przyjąć określone przypadki, a miejskie ekipy zabezpieczają uszkodzone budynki, naprawiają dachy i pomagają mieszkańcom.
Obecnie w siedmiu tymczasowych miejscach zakwaterowania przebywa około stu osób. Oprócz dachu nad głową zapewniana jest im pomoc społeczna, psychologiczna i prawna.
Natalia Chornenka przywołała także przykład jednego z chersońskich bloków. Z około dwóch tysięcy mieszkańców pozostało w nim około 230 osób. Mimo to mieszkańcy pozostają ze sobą w kontakcie. Jedna ze starszych kobiet ma klucze do wszystkich klatek schodowych.
– Reaguje na każdy ostrzał czy pożar. Dzwoni po mieszkaniach, mówi właścicielom, co się dzieje, proponuje kontakt w celu zorganizowania pomocy. To pokazuje, że każdy dom, każdy budynek, jest osobną społecznością – mówiła Natalia Chornenka.
Nie tylko informować, ale włączać
Jeszcze dalej poszedł Viktor Kovalenko, naczelnik Złoczowskiej Osiedlowej Administracji Wojskowej w Rejonie Bogoduchowskim. W jego miejscowości (Bogoduchowie) mieszkańcy zostali włączeni w pomoc poprzez komitety uliczne. Ich rola nie ograniczała się do dystrybucji żywności.
– Czy możecie sobie uświadomić, jak wielkie to są siły, które pomagają nam we wszystkich aspektach? Chodzi nie tylko o rozdawanie żywności, ale też utrzymywanie kontaktu z wojskiem. Kiedy tylko drony nadlatują nad nasze terytorium, wszyscy mieszkańcy natychmiast są powiadamiani o niebezpieczeństwie. Dzięki temu zminimalizowaliśmy straty po stronie ludności cywilnej – mówił Viktor Kovalenko.
Do działania włączono także studentów. Pomagali w przeciwdziałaniu dezinformacji i blokowaniu kanałów, za pomocą których rozpowszechniano fałszywe przekazy, masowo dystrybuowane przez boty oraz działającą w położonym po rosyjskiej stronie granicy Biełgorodzie farmę trolli.
Solidarność musi mieć także logistykę
Jak bardzo praktyczny wymiar może mieć lokalna solidarność, pokazały doświadczenia Putywla w obwodzie sumskim. Wojna zmieniała się, a wraz z nią sposób prowadzenia ewakuacji i informowania o zagrożeniach. Zmieniały się również założenia dotyczące punktów zbiórki.
– W 2023 roku wszystkie etapy ewakuacji zaczynały się od alarmowania. Najpierw zakładaliśmy grupy, na przykład na WhatsAppie. Na drugim poziomie alarmowanie odbywało się przez starostów, np. poprzez radiostacje, bo linie łączności były zniszczone. Żeby zawiadomić ludność, tworzyliśmy punkty zbioru 30 km od granicy. To jednak nie zadziałało, bo wojna pokazała, że jeśli się zbierze ludzi w jednym miejscu, to będą ofiary. Wróg cały czas monitoruje każdą lokalizację, nad nami wciąż latały drony, które dokładnie rejestrowały, co się dzieje na dole – mówił Kostiantyn Havrylchuk, przewodniczący Rady Miejskiej Putywla.
Podczas kolejnych ewakuacji kluczowa okazała się współpraca mieszkańców, samorządu, starostów, wojska i służb.
– W ewakuację angażowaliśmy naszych ludzi. To są nasi mieszkańcy, którzy się nie boją – jadą i zabierają ludzi z innych miast. Miały do nas przyjechać autobusy z sąsiednich terenów i zabierać ludzi z punktów zbioru, ale to nie zadziałało. Tylko dzięki siłom zbrojnym i komunikacji z resortem spraw nadzwyczajnych [Państwową Służbą Ukrainy ds. Sytuacji Nadzwyczajnych – red.], wspólnotą i starostami przeprowadziliśmy ewakuację, korzystając z busów opancerzonych. Wjazd w tę strefę cywilnym samochodem oznaczał śmierć – podkreślał Kostiantyn Havrylchuk.
Trzeba przygotować się na brak ludzi
Ukraińskie doświadczenia pokazują również, że planowanie odporności wymaga uwzględnienia scenariuszy, które w czasie pokoju mogą wydawać się mało prawdopodobne. Jednym z nich jest sytuacja, w której osoby odpowiedzialne za świadczenie podstawowych usług po prostu opuszczają miejsce zagrożenia. Mykola Lukashuk, przewodniczący Dniepropietrowskiej Rady Obwodowej, wiceprezes Ukraińskiego Stowarzyszenia Rad Rejonowych i Obwodowych, podawał przykład stacji benzynowych.
– Możecie przyjechać na stację benzynową i okaże się, że właściciel stacji po prostu ją zamknął, zwolnił pracowników i wyjechał, żeby ratować swoją rodzinę. Przecież jest zwyczajnym człowiekiem. Potrzebne są protokoły na takie zagrożenie, żeby każdy wiedział, skąd wziąć paliwo – mówił.
Podobny problem dotyczy kadr w administracji i usługach publicznych. Dmytro Butriy, pierwszy zastępca Szefa Chersońskiej Obwodowej Administracji Państwowej, podkreślał, że wojna pokazała, że znaczenie mają nie tylko kompetencje, ale i zaufanie.
– Nie każdy zgodzi się pracować w takich warunkach. To doświadczenie pokazało, że wśród nas byli też zdrajcy. Wiarygodność ludzi, których obsadzamy na stanowiskach, jest więc bardzo ważna – mówił.
Lokalny lider musi zostać
W sytuacji kryzysowej szczególnego znaczenia nabiera również postawa lokalnych liderów. Kostiantyn Havrylchuk wspominał, że gdy rozpoczęła się wojna, miał 32 lata. Mieszkańcy patrzyli na przewodniczącego rady miejskiej, sprawdzając, czy został na miejscu i czy urząd nadal działa.
– Obserwowali, czy rada pracuje. Zdawaliśmy sobie sprawę z tego, że musimy chodzić do pracy z bronią i jesteśmy gotowi oddać życie za swój dom, swoją rodzinę. Moi bliscy są ze mną w naszej wspólnocie i nigdzie nie wyjeżdżali – mówił.
Jak dodał, w obliczu kryzysu wojennego wszystkie problemy są rozstrzygane na poziomie lokalnym. Dla wielu mieszkańców zbyt daleką, czasem wręcz niebezpieczną wyprawą może być nawet wizyta w urzędzie miasta.
Prof. Paweł Kowal z ISP PAN, pełnomocnik rządu ds. odbudowy Ukrainy, przewodniczący Komisji Spraw Zagranicznych Sejmu RP oraz Rady ds. Współpracy z Ukrainą, zwracał natomiast uwagę, że pierwszy poziom reakcji może być jeszcze bliżej mieszkańca – w jego najbliższym otoczeniu.
– Każdy człowiek zaangażowany społecznie – nauczyciel, inteligent – który poświęca trochę więcej czasu na sprawy społeczne, musi być pierwszy przygotowany do tego, by powiedzieć sąsiadowi: „nie bój się”. Później wchodzi samorząd i zaangażowanie rządu. Kiedy ludzie są świadomi, to to działa – mówił Paweł Kowal.
Solidarności nie buduje się dopiero podczas kryzysu
Doświadczenia przedstawione podczas konferencji „Samorząd w czasie wojny i kryzysu. Jak skorzystać z doświadczeń ukraińskich?” prowadziły do wspólnego wniosku: lokalna odporność nie powstaje w chwili, gdy pojawia się zagrożenie. Musi być budowana wcześniej – poprzez relacje między mieszkańcami i instytucjami, znajomość procedur, ćwiczenia, komunikację i podział odpowiedzialności.
Natalia Chornenka mówiła, że każde kolejne doświadczenie kryzysowe pozwalało władzom Chersonia lepiej przygotowywać się do następnego. Z czasem powstawały konkretne algorytmy działania.
– Odpowiednie algorytmy na wypadek kryzysu musicie wypracowywać już teraz – apelowała.
Okazją do podzielenia się szczegółowymi uwagami i rekomendacjami dla polskich samorządów była sesja pytań i odpowiedzi. W konferencji wzięło udział ok. 700 osób. Jej organizatorami były Instytut Ochrony Zdrowia, Warszawski Uniwersytet Medyczny oraz Związek Powiatów Polskich.
Izabela Rzepecka












